Osobiste przemyślenia
Chwilami wydaje mi się, że jestem już za stara na mówienie - nikt mnie nie rozumie. To jest odzew młodych nastolatków, nie potrafiących sprecyzować swoich utrapień. Nie ważne czy są duże, czy też małe. Nie potrafią ubrać tych słów, które ukazałyby bezpośredni przekaz. Ja chyba już powinnam? Nieprawdaż? Wtedy nastaje niezręczna cisza, rozumiem, że nawet ja nie jestem w stanie tego dokładnie określić. Dlaczego? Pytam się o to każdego dnia.
Od dawna mam mętlik w głowie. Nie wiem co jest realne, nie wiem co jest odpowiednie, nie wiem czy kiedykolwiek znajdzie się powód, dla którego każdego poranka będę chciała żyć i otwierać oczy. Nie mam czego ukrywać, z chwili na chwilę pragnę tylko jednego. Odpuścić. Nie jestem typem samobójcy, nie widzę w tym aż tak wielkiego sensu. Jaki jest sens w zagłębieniu się na drugą stronę czegoś, czego nie znam? Tak to zawsze sobie tłumaczę, bo tego typu nawiedzają mnie codziennie. Myśli i wyobrażenia, nawiązujące do tego, jak wyglądam w ostatniej sekundzie swojego życia. Powstaje pytanie - dlaczego jeszcze tu jestem? Dzień w dzień widzę jak wszystko się kończy. To jest nie kontrolowane, nie opanowane, nie do uniknięcia. Dlaczego, raz jeszcze zapytam. Szczerze? Z czasem staje się to taką rutyną, że człowiek się przyzwyczaja. Nie zmienia to faktu, że czasami mówię sobie ''Gośka, pora spierdalać z tego pojebanego świata, pomimo iż nie wiesz co jest po drugiej stronie''.
Rysuję, piszę, przelotnie śpiewam. Żyję tym i gdyby nie to, to nie wiedziałabym jak długo bym jeszcze wytrzymała. W pewnym momencie kiedy wiesz, że nie możesz się wyładować przy kimś fizycznym. Wyładowujesz się w chaosie swojej pracy, znikasz na parę godzin. Nic cię nie interesuje. Nie interesuje cię szkoła, to, że musisz się przespać, być zdatną do pracy, uczyć się, kontaktować. Wszystko to, napotyka destrukcję pod naciskiem uniwersum powstałego w mojej głowie. Zapominam kim jestem i nie muszę znów starać się aby to zaakceptować. Problemy nie istnieją. Niektórzy piją alkohol, ćpają, zabijają. Ja rysuję i czasem nachodzi mnie myśl - może jako ćpuna ludzie zrozumieją.
Jestem tylko człowiekiem, niedługo pełnoletnim. Przymus ukończenia przewspaniałej szkoły, uczenie się tematów, które nic mi nie dadzą, być poniżanym przez zwykłych ludzi i nauczycieli - nawet jeżeli twój ton i podejście, za każdym razem jest anielsko spokojne. Jeżeli muszę żyć tą rutyną i słyszeć ''wszyscy muszą'', to do diabła. Wolę uciec z tego zakłamanego syfu. Ludzie, uważający się za normalnych, poukładanych, wszystkowiedzących, mający jakiś status.To jest komiczne, bo to oni są toksyną. Ja, muszę się nimi truć i katować się dla zdobycia chociaż małej przyjemności w życiu. To co robię, to nad czym pracuję, jest ważne i może wpłynąć na moją przyszłość, tego nie mogę odłożyć na później. Odłożenie tego na później jest zniszczeniem tego, zabiciem tego. Nikt nie zrozumie, bo system.
Chwilami mam ochotę wcisnąć w siebie całe opakowanie psychotropów, które biorę co wieczora. Popić alkoholem i dać sobie spokój. Albo chociaż wciągnąć, dać w żyłę. Cokolwiek, a wszystko po to aby nie zdawać sobie sprawy z tego gdzie jestem. Nie mam pojęcia ile osób to rozumie, ale dla mnie każdy dzień w tym świecie to ból. Jestem świadoma, a nie chcę, nie chcę tego widzieć. Nie chcę słyszeć ''inni nie mają perspektyw'', ''inni nie mają startu''. Czyli mam rzucić wszystko w kąt, udawać, że życie sprawia mi przyjemność, że dziękuję każdemu poniżającemu mnie człowiekowi, za patrzenie jak odbierają mi coś co jest dla mnie najważniejsze? To dlatego, że ktoś mi powie ''masz lepiej niż inni''. Szczerze? Mogę mieszkać w zapuszczonej kamienicy, mieć strzępy w lodówce, liche podłączenie do internetu, byle płytę, na której mogłabym rysować, aerograf czy nawet te diabelne farby. Ja chcę tylko żyć i nie chcę patrzeć jak ludzie odbierają mi wszystko. Nawet ostatnią nadzieję. Bo żyję w świecie, w którym ważne jest to czego nie potrzebujesz. Zamykanie cię w pomieszczeniach i słuchanie bezsensownego pieprzenia o tym, o czym w przyszłości nie wspomnisz.
Jak w chwili obecnej wyglądają realia? Śpię co dwie noce, nie ruszam się z pokoju, nie wychodzę z domu i przestaję walczyć z bezsennością. Nie widzę innego wyjścia, chyba, że bym się w jakikolwiek sposób wybiła. W to jednak wątpię, nie mam aż takich predyspozycji. Nie mam nawet kiedy o nie walczyć.