Zaciągnął się papierosem, bazgrząc kolejną z niezrozumiałych abstrakcji. Sam nie wiedział co określa na tej kartce, co za cholera na tym wychodzi. Nie miało to sensu, jednak walały się setki takich kartek na jego podłodze.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk otwierających się drzwi do pokoju, nawet nie spojrzał w ich kierunku. Wiedział doskonale kto się zbliża.
- Kurwo, ojciec cię woła. I jak nie mówisz upośledzona pokrako, to chociaż słuchaj.-Czarnowłosy chłopak dalej bazgrał po kartce, nie wykazywał zainteresowania.- Zapierdolę cię jak się nie podniesiesz. Debilu wstań!-Warknęła, była chyba naćpana. Może pijana? Chuj wiedział.- A kto ci gówniarzu w ogóle pozwolił tutaj palić. Zgaś to albo ja ci zgaszę tego peta na twarzy. Zgasił papierosa o biurko, spojrzał na kartkę, długopis rzucił gdzieś w kąt. Westchnął zgniatają kartkę i rzucając ją na stertę innych nie potrzebnych papierów.- Śmieciarz.-Spoglądała na niego z pogardą, a kiedy był bliżej odwróciła się chcąc wyjść z pokoju pseudo syna. Chłopak czuł się znudzony i zdegustowany, nie przyśpieszył. Jego ręce jednak poruszyły się niczym światło. Wyciągnął kajdanki, wykręcił jej ręce, zakuł ją w nie i kopnął w plecy aby upadła na ziemię. Usłyszał jęknięcie bólu, które mało go zainteresowało.
- Posrańcu! Co ty sobie wyobrażasz!-Zaczęła się wydzierać. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ściągnie ona tym uwagę jego ojca. Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąc w stronę kuchni. Zanim jeszcze usłyszał reakcję ojca, wyciągnął dwa noże. Długi i szeroki, ostry jak brzytwa. Drugi był lekki, wąski i nie specjalnie długi. Większy złapał tą samą ręką, którą ciągnął matkę za włosy - lewą. Lżejszy ujął prawą. Nie bał się, nie drżał, nawet nie zatrzymał się na krok. Szedł w stronę pomieszczenia, w którym słyszał podnoszącego się ojca. Nie zważając na wrzaski cierpiącej matki, skupił się na otwierających się drzwiach do salonu. Postawny mężczyzna, stał w progu z agresywnym wyrazem twarzy, chciał krzyknąć. Jego syn nie czekał na jego słowa, szybkim ruchem ręki zakręcił nożem i z doskonałą precyzją rzucił go wbijając w ramie ojca. Ten wrzasnął. Kiedy mężczyzna skupił się na zadanym mu bólu, chłopak zdążył przełożyć większy nóż do drugiej ręki i dźgnąć go w podbrzusze. Ten ruch zachwiał mężczyzną. Upadł na ziemię.
- Noel... ty mała dziwko.-Spojrzenie Noela zaszczyciła ojca tylko na krótką chwilę. Znieważając agresję i wywody ojca, pchnął nogą jego ciało aby nie wadził. Musiał jakość przeciągnąć matkę do pomieszczenia. Puścił ją, schylił się nad okolicą jej kostek i podciął ścięgna. Nóg jej nie związał więc chciał się upewnić, że zdzira mu nie ucieknie. Poszedł zamknąć drzwi. Spojrzał na żenujący obraz dwóch pasożytów. Ojciec klął, matka naśladowała jego zachowanie. Nachylił się nad ojcem aby nieczule wyciągnąć nóż z jego ramienia, ledwo co unikając splunięcia. Uniósł brew i silnym zamachem kopnął ojca w twarz. Uciszył go tym na chwilę i zaoszczędził czas na to aby spiąć jego nadgarstki drugą parą kajdanek.
Nie było łatwo ale zaciągnął ciężkiego mężczyznę na sofę. To samo zrobił z matką, z którą poszło mu o wiele łatwiej. Niestety, był chłopakiem drobnej postury, do tego jego niechęć do jedzenia doprowadziła do wagi czterdziestu dziewięciu kilogramów przy wzroście metr siedemdziesiąt.
Pociągnął krzesło od stołu jadalnego na środek salonu. Ustawił je tak aby mieć dobry widok na rodziców. Zwrócił uwagę, że matka trochę za szybko się wykrwawia. Nie dobrze, musi jeszcze trochę ją utrzymać. Pokręcił bezradnie głową, wstał z niechęcią. Sięgnął po nóż, rozciął koszulkę ojca na dwa kawałki i mocno obwiązał dół łydek matki. Zaszczycił ją bezpośrednim spojrzeniem w jej oczy o kolorze czystego nieba. Jej twarz była piękna, miała powodzenie u mężczyzn. Piękne czekoladowe włosy dodawały jej uroku, no a ponoć brunetki są teraz w modzie. Drgnęła nerwowo. Bała się, dobrze.
- Wszyscy zawsze mówili ci, że jesteś taka piękna. Prawda?-Pierwszy raz od pół roku Noel się odezwał. Jego głos był spokojny, wręcz kojący. Zdziwił tym kobietę.- To zabawne, że zawsze porównywali moją twarz do twojej. Ponoć odziedziczyłem urodę po tobie. Jak na mnie mówili? Jaki ładny chłopiec.-Splunął na bok.- Obrzydliwe.-Wyciągnął mniejszy nóż.- Vanessa, skoro jesteśmy tacy podobni do siebie, czemu nie możemy być jeszcze bardziej?-Odgarnął jej ciemne włosy, brudnym od krwi nożem.- Pamiętasz jak twój chuj mi to zrobił?-Przejechał swoimi palcami po dwóch bliznach na twarzy. Udał zawiedzionego.- No i nie jesteśmy już tacy podobni. Mamo, ja chcę być taki jak ty, dokładnie taki sam.-Ujął mocniej nóż i zaczął bardzo powoli ciąć po jej twarzy w taki sam wzór, w jaki układały się blizny na jego twarzy. Ojciec, słyszał już jego wywody. Czyżby zależało mu na tej kobiecie?- Tato, przecież jesteś zasranym socjopatą.-Zaśmiał się.- Ją tylko dymałeś.-Odciągnął nóż od twarzy kobiety, która jęczała z bólu.
Uniósł się, założył ręce na piersi. Zaczął się bawić nożem.
- No i co ja mam z wami zrobić?
- Noel proszę...-Łgała przerażona. Spojrzał na nią wzrokiem zszokowanego psychopaty, zaczął się śmiać.
- Niech mnie diabeł zerżnie, Vanessa prosi. Ile to już czasy upłynęło od ostatniego ''proszę''?-Przysunął się do niej, oparł rękę o oparcie sofy. Jego i jej twarz dzieliły liche milimetry.- No ile apatyczna suko?-Ujął mocniej nóż.- Nie, ty nigdy tego nie powiedziałaś.-Wbił z całej siły nóż w jej brzuch. Zaczął nim kręcić i wsłuchiwać się w piękną melodię ułożoną z jej cierpiącego ujadania. Po dość długiej chwili zatrzymał nóż, przysunął się do jej policzka i ją pocałował.- Kochana mamusia.-Wysunął brutalnie ostrze, a krew zaczęła się lać.- Spokojnie, w piekle opowiesz mi jak pokutowałaś.
Zostawił ją aby powolnie umierała, wrócił do ojca. Itan robił się blady, stracił już trochę krwi.
- Nie wdzięczny gówniarz.
- Niewdzięczny gówniarz?
- Pierdolony morderca!-Noel spojrzał na niego rozczulony. Złapał za włosy i szarpnął je do tyłu. Patrzył drapieżnie w jego brązowe oczy, przystawił nóż do gardła.
- Tato, to ty mnie tego nauczyłeś.
- No dalej! Zabij mnie, o ile potrafisz!-Oczy chłopaka wywróciły się sugerując znudzenie i ignorancję.
- Poważnie, na tyle cię stać?-Zsunął nóż na jego klatkę piersiową.- Tylko na tyle?-Szepnął i zaczął ciągnąć nożem aż do jego pępka. Przyglądał się jak ojciec tłumi w sobie ból, stara się nie dać satysfakcji synowi.- Nudzisz mnie.-Prychnął.
- Nie umiesz... nawet zadać porządnego bólu.-Chciał tym zdenerwować swojego syna, jedyne co zrobił to wzbudził w nim irytację. Zakończyło się to naciskiem szczupłego kciuka na gałkę oczną, zgniótł ją. Wyciągnął kciuk i wytarł o pierś Itana.
- Ohydne.-Skrzywił się. Jęk bólu ojca, nie powstrzymał go. Noel to zignorował, nużyło go to.
Wstał idąc w stronę solniczki. Po drodze spojrzał na matkę, była już prawie po drugiej stronie. Zabrał solniczkę i rzucił ją na podłogę. Wylądowała pod stopami ojca, idealnie.
- Nudzisz mnie.-Skierował pozbawione emocji słowa. Wyciągnął nóż i zaczął rozcinać bebechy mężczyzny. Starał się robić to tak aby mężczyzna trochę jeszcze pożył. Rozsunął płaty skóry i złapał za szklany pojemniczek z solą. Odkręcił jego wieczko i nie pierdoląc się, wysypał wszystko do wnętrza ojca. Wrzask, przeraźliwy wrzask.
Wyciągnął papierosy i zapalniczkę z kieszeni ojca, wrócił na krzesło, odpalił fajkę, zaciągnął się i podziwiał teatralne przedstawienie.
sobota, 15 lutego 2014
czwartek, 13 lutego 2014
Session 1
Od dawna nie było słychać w tym ośrodku tego, co rozbijało się po ścianach dzisiejszego dnia. Wrzaski przepełnione gniewem, bluźnierstwa, groźby. Słychać było jak ktoś się szarpie na korytarzu. Upada na ziemie, zaraz potem go podnoszą.
Kobieta w białym fartuchu wyjrzała na korytarz, widziała sylwetkę niewielkiej osoby. Ciemne włosy, blado sina cera, zadrapania na twarzy i na szyi. Dwaj więksi od niej mężczyźni próbowali zaciągnąć ją do jednego z pomieszczeń, nie było im łatwo. Ich pierwszą regułą było nie wdawanie się w konwersację z pacjentami, jeden jednak nie wytrzymał.
- Ucisz się albo cię uśpimy!-Warknął. Czyżby myślał, że poskutkuje? Jak bardzo się mylił. Dziewczyna w ich objęciach zaczęła się śmiać i szydzić.
- A wtedy będę śnić jak zdzieram z ciebie skórę kutasie!
Po niedługiej chwili udało im się zaciągnąć dziewczynę do jej pokoju. Kobieta w fartuchu jeszcze długo patrzyła na miejsce zdarzenia, wyrwał ją jednak głos szefa oddziału.
- Evo pozwól.-Odwróciła się.
- Tak?-Odchrząknął i spojrzał na nią, w oczach zaiskrzyła powaga.
- Nie dało się nie usłyszeć tego zajścia.-Spojrzał jeszcze na drzwi za swoją pracownicą.- Gdybyś mogła jej zamknąć.
- Oczywiście.-Natychmiast spełniła prośbę i przysiadła się przed biurkiem szefa.
- Nowa pacjenta. Abigail Lily Wade. Nie pamięta ani swojego imienia, ani nazwiska. Nie lubi też starań przypomnienia jej tego, reaguje wręcz agresywnie. Tak więc nie używamy żadnego imienia, przydomku, chociażby liczby czy samogłoski. Problemy psychiczne u jej osoby nastąpiły sześć lat temu.-Kobieta słuchała w skupieniu.- Wpierw nieczęste wizyty u psychologa, psychiatra. Jedna, druga, trzecia i nawet czwarta klinika. Dwa lata temu zaraz po tym jak stwierdzono u niej nie poczytalność, brutalnie zamordowała dwoje nastolatków. Tępym nożem. Ciała znaleziono już na drugi dzień. Siedziała przy ich martwych ciałach, jedyną reakcją następująca u jej osoby było rozbawienie. Nie starała się uciekać, do dzisiaj nie odczuwa skruchy. Zostaje w przekonaniu, że jej czyn był słuszny.
- Jakie jest rozpoznanie.-Westchnął.
- Właśnie w tym jest problem. Schizofrenia, rozdwojenie jaźni, depresja maniakalna. Nie jesteśmy w stanie postawić konkretnej diagnozy. Często rozmawia ze sobą, kiedyś przepłakiwała każdą noc, od roku nie uroniła ani jednej łzy. Z chwili na chwilę zapomina co raz więcej, wyrzuca z siebie co raz więcej ludzkich odruchów. Empatia, współczucie, zainteresowanie jest jej obce. Przejawia wysoki stopień agresji.
- Rozumiem, że oczekuje pan jednego.
- Liczę na ciebie Devine.-Skinęła głową.
Tydzień później
Od tygodnia dawka leków uspokajających została zwiększonych. Przyjmowała także leki otumaniające, aby nie miała siły na nocne rozdrapywanie swoich ran po okaleczaniach. Drugim powodem było ułatwienie personelowi przeprowadzanie jej z miejsca na miejsce.
Usadzili na fotelu, przypięli i zostawili. Wyglądała jakby spała, była jednak rozkojarzona i potocznie - naćpana.
- Witaj, nazywam się Rose Devine.-Skłamała względem swego imienia, miała w tym jednak cel.
- Jakby mnie to kurwa obchodziło.-Pomimo braku sił udało jej się wysyczeć obrazę. Specjalistka nie poczuła się urażona, bardziej zaciekawiona.
- Jak przypuszczam, wiesz kim jestem.
- Oczywiście...-Powiedziała cichym tonem.- Kolejną pustą idiotką, żyjącą w złudzie, że wpieprzy mi do głowy zasrane farmazony o odmianie mojej osoby. Spluwam na to.-Eva się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że wiesz kim jestem.-Dziewczyna nie odpowiadała, nie miała siły.
- Chciałabyś mi opowiedzieć o sobie.-Odpowiedziało jej milczenie.- Widzę, że nie jesteś jednak na siłach. Dobrze, nie będę cię męczyć. Pozwól mi na koniec zadać tylko jedno pytanie.-Przed zapytaniem zanotowała parę informacji.- Jak się nazywasz, pa...
- Pierdol się pierdol... Myślisz, że kurwa interesuje mnie twoja troska. Wsadź ją sobie w dupę, wróć do domu pasożycie.-Agresja dziewczyny nie wyprowadzała jej z równowagi.
- Cieszę się, że mogłam cię poznać moja droga.
Nacisnęła na coś pod biurkiem, zapisała jedną, krótką notatkę i odłożyła długopis. Pierwsza sesja zawsze jest krótka, chociażby w takich sytuacjach jak ta.
Kobieta w białym fartuchu wyjrzała na korytarz, widziała sylwetkę niewielkiej osoby. Ciemne włosy, blado sina cera, zadrapania na twarzy i na szyi. Dwaj więksi od niej mężczyźni próbowali zaciągnąć ją do jednego z pomieszczeń, nie było im łatwo. Ich pierwszą regułą było nie wdawanie się w konwersację z pacjentami, jeden jednak nie wytrzymał.
- Ucisz się albo cię uśpimy!-Warknął. Czyżby myślał, że poskutkuje? Jak bardzo się mylił. Dziewczyna w ich objęciach zaczęła się śmiać i szydzić.
- A wtedy będę śnić jak zdzieram z ciebie skórę kutasie!
Po niedługiej chwili udało im się zaciągnąć dziewczynę do jej pokoju. Kobieta w fartuchu jeszcze długo patrzyła na miejsce zdarzenia, wyrwał ją jednak głos szefa oddziału.
- Evo pozwól.-Odwróciła się.
- Tak?-Odchrząknął i spojrzał na nią, w oczach zaiskrzyła powaga.
- Nie dało się nie usłyszeć tego zajścia.-Spojrzał jeszcze na drzwi za swoją pracownicą.- Gdybyś mogła jej zamknąć.
- Oczywiście.-Natychmiast spełniła prośbę i przysiadła się przed biurkiem szefa.
- Nowa pacjenta. Abigail Lily Wade. Nie pamięta ani swojego imienia, ani nazwiska. Nie lubi też starań przypomnienia jej tego, reaguje wręcz agresywnie. Tak więc nie używamy żadnego imienia, przydomku, chociażby liczby czy samogłoski. Problemy psychiczne u jej osoby nastąpiły sześć lat temu.-Kobieta słuchała w skupieniu.- Wpierw nieczęste wizyty u psychologa, psychiatra. Jedna, druga, trzecia i nawet czwarta klinika. Dwa lata temu zaraz po tym jak stwierdzono u niej nie poczytalność, brutalnie zamordowała dwoje nastolatków. Tępym nożem. Ciała znaleziono już na drugi dzień. Siedziała przy ich martwych ciałach, jedyną reakcją następująca u jej osoby było rozbawienie. Nie starała się uciekać, do dzisiaj nie odczuwa skruchy. Zostaje w przekonaniu, że jej czyn był słuszny.
- Jakie jest rozpoznanie.-Westchnął.
- Właśnie w tym jest problem. Schizofrenia, rozdwojenie jaźni, depresja maniakalna. Nie jesteśmy w stanie postawić konkretnej diagnozy. Często rozmawia ze sobą, kiedyś przepłakiwała każdą noc, od roku nie uroniła ani jednej łzy. Z chwili na chwilę zapomina co raz więcej, wyrzuca z siebie co raz więcej ludzkich odruchów. Empatia, współczucie, zainteresowanie jest jej obce. Przejawia wysoki stopień agresji.
- Rozumiem, że oczekuje pan jednego.
- Liczę na ciebie Devine.-Skinęła głową.
Tydzień później
Od tygodnia dawka leków uspokajających została zwiększonych. Przyjmowała także leki otumaniające, aby nie miała siły na nocne rozdrapywanie swoich ran po okaleczaniach. Drugim powodem było ułatwienie personelowi przeprowadzanie jej z miejsca na miejsce.
Usadzili na fotelu, przypięli i zostawili. Wyglądała jakby spała, była jednak rozkojarzona i potocznie - naćpana.
- Witaj, nazywam się Rose Devine.-Skłamała względem swego imienia, miała w tym jednak cel.
- Jakby mnie to kurwa obchodziło.-Pomimo braku sił udało jej się wysyczeć obrazę. Specjalistka nie poczuła się urażona, bardziej zaciekawiona.
- Jak przypuszczam, wiesz kim jestem.
- Oczywiście...-Powiedziała cichym tonem.- Kolejną pustą idiotką, żyjącą w złudzie, że wpieprzy mi do głowy zasrane farmazony o odmianie mojej osoby. Spluwam na to.-Eva się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że wiesz kim jestem.-Dziewczyna nie odpowiadała, nie miała siły.
- Chciałabyś mi opowiedzieć o sobie.-Odpowiedziało jej milczenie.- Widzę, że nie jesteś jednak na siłach. Dobrze, nie będę cię męczyć. Pozwól mi na koniec zadać tylko jedno pytanie.-Przed zapytaniem zanotowała parę informacji.- Jak się nazywasz, pa...
- Pierdol się pierdol... Myślisz, że kurwa interesuje mnie twoja troska. Wsadź ją sobie w dupę, wróć do domu pasożycie.-Agresja dziewczyny nie wyprowadzała jej z równowagi.
- Cieszę się, że mogłam cię poznać moja droga.
Nacisnęła na coś pod biurkiem, zapisała jedną, krótką notatkę i odłożyła długopis. Pierwsza sesja zawsze jest krótka, chociażby w takich sytuacjach jak ta.
niedziela, 9 lutego 2014
Nameles part of infinity
To był dzień jak każdy inny. Cichy, neutralny, zwolniony. Mijała znajome, kompletnie znienawidzone twarze. Spoglądała gardzącym wzrokiem. Jak zawsze co chwilę pojawiały się wizje zalane krwią, to właśnie dlatego odwracała spojrzenie. Musiała się opanować i założyć maskę pozytywnej oraz socjalnej osoby. Tak nienawidziła starać się dla pasożytów, wręcz tym gardziła.
Z dnia na dzień było co raz gorzej, wizje stawały się co raz częstsze. Nie była tym załamana, bardziej znudzona lub rozbawiona. Czasem pragnęła aby pęknąć i stać się niepoczytalną. Zalać wszystko na około krwią, popaść w zatracenie - jak w Lśnieniu. Monumentalna wcześniej dusza, stracona na wieki. Układająca się w życie nie przyziemne oraz jak w Hannibalu Lecterze oczyszczone ze zbędnych poczytalności. Dlaczego to jest warte wszystkiego? Wtedy się żyje, widzi coś niemożliwego dla pasożytów. Tak wielki analogizm w stosunku do Lectera.
Jak każdego dnia podczas drogi do tego pustego i narzuconego miejsca, odpaliła papierosa. Piękny czarny nabity śmiercią, perfekcyjnie. Ignorowała otoczenie, otoczenie jednak nie ignorowało jej. Usłyszała rozbawiony ton, zainteresowany jej osobą, osobliwy jej osobie. To nie wróg, to przyjaciel. Na początku akceptujesz wszystkich, potem? Masz dosyć i pokazujesz, że w rzeczywistości jesteś socjopatą.
- Hej, co tam.-Słyszysz będąc czułym na chaotyczne dźwięki. Odpowiadasz automatycznie to co zawsze. Jesteś mało statystyczną istotą, jednak nie pragniesz kłopotów. Nie widzisz się w sytuacji bardziej skomplikowanej jak przymus życia w środowisku tych odrażających istot.
Ostatecznie odrywasz się i przestajesz mówić, nie wiedząc czemu z wkradającym się uśmiechem na twarzy. Przyzwyczajenie? Najprawdopodobniej. Widzą po tobie brak humoru, marudzą lub starają się cię pocieszyć. Ludzki odruch? Ludzie pocieszając przytulają cię, dotykają wspierając, stykają się w jakikolwiek sposobów z twoim ciałem. Boli cię to, przeraża, parzy oraz mdli. Starasz się ich uświadomić ale ludzie? Ludzie to ludzie tępe istoty. Ona nie czuła się lepszą, tylko inną. Cierpiała a zarazem nie chciała tego zmienić. Ludzie chcący ją naprostować zbijali się z nienawiścią, ciężkimi słowami, odrzuceniem.
Z dnia na dzień, jej umysł co raz bardziej odbiegał od rzeczywistości. Znów rozpuściła się, w błogim stanie spokoju. Brak zainteresowania tymi nie ważnymi, codziennymi, chcącymi pomóc i szczególnie narzucającymi.
Pewnego dnia podeszła do niej istota, nie mogła nazwać tego inaczej. Zainteresowanie z tego czegoś strony, współczucie, próba zrozumienia. Mówisz - nic. Nie rozumie. Złapała to za ramie przysuwając się dość blisko do ucha tego czegoś. Zaczęła cierpieć przez to, że zbliżył się do niej dotyk. Potrzebowała jednak sprostować swoje pragnienie.
- Zostaw mnie, albo nie dożyjesz kolejnego dnia.-Szeptała, następnie odsuwając się i przyglądając pustym spojrzeniem.- Zniknij.-Wróciła do swojej oazy spokoju. Usiadła przy biurku jak zawsze patrząc się pusto w ścianę, jej umysł był pochłonięty intensywnymi myślami. Zadawała sobie pytania czy dzisiejszy dzień był realny, czy znienawidzona osoba istniała. Nie umiała sobie odpowiedzieć. Zatraciła to monumentalne zainteresowanie i odchyliła głowę do tyłu. W jej umyśle rozległa się nuta, Thyme, Voices in my Head. Przestała istnieć, cierpieć, nienawidzić i interesować się. Nuta zacięła się na parę sekund a do jej umysłu wkradła się ostatnia sytuacja.
Nauczycielka najeżdżała na jej osobę, próbowała utemperować. Dlaczego? Logika kompletnie tu przepadła, ponieważ dziewczyna mówiła spokojnym tonem. Co śmieszne, w o wiele bardziej rozsądny sposób. W takich chwilach jak ta przestawała nad sobą panować, nad swoim obrzydzeniem. Zakończyła godzinę spokojnym tonem mówiąc ''zakończ ten temat następnym razem, dla własnego dobra''. Miała nadzieję, że starsza kobieta ze zboczeniem zawodowym zrozumiała aluzję. Liczyła też na to, że kobieta uświadomiła sobie, brak poszanowania wobec różnicy wiekowej. Żyła w twierdzeniu ''Szanuj mnie, ja będę szanować ciebie. Natomiast w odbiciu lustrzanym, będzie vice versa''
Piosenka znów się włączyła, ona znów się zatraciła. Przeżywała piękną chwilę, niedostępną dla kogokolwiek innego. Nadeszła kolejna najbardziej intrygująca wizja.
Złapała nic nie znaczącą osobę od tyłu, wykręciła jej ręce zniewalając. Próbowała uspokoić, czułymi słowami. Uświadamiała co stanie się następnie. Mówiła to jednak w taki sposób, który uspokajał.
- Staniesz się czymś więcej, nie bój się. Będzie bolało, ale to będzie twoje niesamowite. Odrodzenie.-Szeptała i głaskała po policzku. Ofiara błagała o litość o wolność, dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego wykonać. Zaczęła odprawiać coś złego a zarazem, pięknego. Zaczęła się czule przytulać do policzka ofiary, tak delikatnie.
- Robię to dla ciebie, nie znając cię, jednak jest to dla ciebie. Zaboli, będziesz rozpaczać i wić się z bólu, nastaną drgawki. Wierz mi, to będzie coś pięknego i powtórzę, dla ciebie.-Robiła to w dziwny sposób, bo dziewczyna w jej objęciach, robiła się co raz spokojniejsza. Manipulowanie przypadkowymi ludźmi miała opanowane do perfekcji. Manipulowanie ich umysłem.
Wyciągnęła ostry nóż.
- Spokojnie, możesz krzyczeć.-Podciągnęła jej koszulkę i dotknęła nożem podbrzusza, od którego zacznie.- Nie walcz.- Wbiła ostry jak brzytwa nóż do jej wnętrza. Rozległ się rozpaczający wrzask i za pierwszym podejściem rozpoczęły się drgawki.- Jesteś bardzo delikatna, stajesz się nocnym aniołem.-Z chwili na chwilę mordująca dziewczyna zaczęła kochać. Ciągnęła nożem co raz wyżej, czują się próby wyrwania. To było nie możliwe, była przypięta. Nóż rozrywał.- Jesteś w drodze do piękna.-Pocałowała jej szczękę. Kiedy doszła do klatki piersiowej, nóż się zatrzymał. Wrzaski były słabsze, dalej jednak cierpiące. Dominująca tutaj osoba rzuciła zakrwawiony nóż zaraz koło uda ofiary. Złapała ręką za płat skóry od strony serca.- Poczuj swoje piękno.-Złapała delikatnie jej roztrzęsioną rękę. Nakierowała ją ku sercu, wsunęła ją tak aby czuła jak co raz słabiej bije.- Jesteś piękna, ważna.-Zaczęła rozpaczać.- Nie zmarnuj tego.-Złożyła pocałunek na jej szyi i spoczywała przy niej do momentu aż serce przestało bić, ona zaczęła się osuwać. Morderczyni ją tuliła, kołysała. To było jej dziecko, jej stworzenie.
Momentalnie wyrwała się z tej wizji. Złapała dech w piersi i czuła spływające po jej policzkach łzy, rozpacz. Czarne smugi, najpiękniejszy obraz na świecie. Rozpaczała bo nie mogła w rzeczywistości dać komuś tego cudu.
Życie znów powróciło do normy. Krótki sen - bezsenność spowodowana przyjmowanych leków depresyjnych. Powstanie, będąc normalną istotą zacząć kolejny, znienawidzony dzień. Na język cisnęły się tylko słowa.
- Mdli mnie ludzka egzystencja.
A teraz zamilcz i zrozum piękno.
Z dnia na dzień było co raz gorzej, wizje stawały się co raz częstsze. Nie była tym załamana, bardziej znudzona lub rozbawiona. Czasem pragnęła aby pęknąć i stać się niepoczytalną. Zalać wszystko na około krwią, popaść w zatracenie - jak w Lśnieniu. Monumentalna wcześniej dusza, stracona na wieki. Układająca się w życie nie przyziemne oraz jak w Hannibalu Lecterze oczyszczone ze zbędnych poczytalności. Dlaczego to jest warte wszystkiego? Wtedy się żyje, widzi coś niemożliwego dla pasożytów. Tak wielki analogizm w stosunku do Lectera.
Jak każdego dnia podczas drogi do tego pustego i narzuconego miejsca, odpaliła papierosa. Piękny czarny nabity śmiercią, perfekcyjnie. Ignorowała otoczenie, otoczenie jednak nie ignorowało jej. Usłyszała rozbawiony ton, zainteresowany jej osobą, osobliwy jej osobie. To nie wróg, to przyjaciel. Na początku akceptujesz wszystkich, potem? Masz dosyć i pokazujesz, że w rzeczywistości jesteś socjopatą.
- Hej, co tam.-Słyszysz będąc czułym na chaotyczne dźwięki. Odpowiadasz automatycznie to co zawsze. Jesteś mało statystyczną istotą, jednak nie pragniesz kłopotów. Nie widzisz się w sytuacji bardziej skomplikowanej jak przymus życia w środowisku tych odrażających istot.
Ostatecznie odrywasz się i przestajesz mówić, nie wiedząc czemu z wkradającym się uśmiechem na twarzy. Przyzwyczajenie? Najprawdopodobniej. Widzą po tobie brak humoru, marudzą lub starają się cię pocieszyć. Ludzki odruch? Ludzie pocieszając przytulają cię, dotykają wspierając, stykają się w jakikolwiek sposobów z twoim ciałem. Boli cię to, przeraża, parzy oraz mdli. Starasz się ich uświadomić ale ludzie? Ludzie to ludzie tępe istoty. Ona nie czuła się lepszą, tylko inną. Cierpiała a zarazem nie chciała tego zmienić. Ludzie chcący ją naprostować zbijali się z nienawiścią, ciężkimi słowami, odrzuceniem.
Z dnia na dzień, jej umysł co raz bardziej odbiegał od rzeczywistości. Znów rozpuściła się, w błogim stanie spokoju. Brak zainteresowania tymi nie ważnymi, codziennymi, chcącymi pomóc i szczególnie narzucającymi.
Pewnego dnia podeszła do niej istota, nie mogła nazwać tego inaczej. Zainteresowanie z tego czegoś strony, współczucie, próba zrozumienia. Mówisz - nic. Nie rozumie. Złapała to za ramie przysuwając się dość blisko do ucha tego czegoś. Zaczęła cierpieć przez to, że zbliżył się do niej dotyk. Potrzebowała jednak sprostować swoje pragnienie.
- Zostaw mnie, albo nie dożyjesz kolejnego dnia.-Szeptała, następnie odsuwając się i przyglądając pustym spojrzeniem.- Zniknij.-Wróciła do swojej oazy spokoju. Usiadła przy biurku jak zawsze patrząc się pusto w ścianę, jej umysł był pochłonięty intensywnymi myślami. Zadawała sobie pytania czy dzisiejszy dzień był realny, czy znienawidzona osoba istniała. Nie umiała sobie odpowiedzieć. Zatraciła to monumentalne zainteresowanie i odchyliła głowę do tyłu. W jej umyśle rozległa się nuta, Thyme, Voices in my Head. Przestała istnieć, cierpieć, nienawidzić i interesować się. Nuta zacięła się na parę sekund a do jej umysłu wkradła się ostatnia sytuacja.
Nauczycielka najeżdżała na jej osobę, próbowała utemperować. Dlaczego? Logika kompletnie tu przepadła, ponieważ dziewczyna mówiła spokojnym tonem. Co śmieszne, w o wiele bardziej rozsądny sposób. W takich chwilach jak ta przestawała nad sobą panować, nad swoim obrzydzeniem. Zakończyła godzinę spokojnym tonem mówiąc ''zakończ ten temat następnym razem, dla własnego dobra''. Miała nadzieję, że starsza kobieta ze zboczeniem zawodowym zrozumiała aluzję. Liczyła też na to, że kobieta uświadomiła sobie, brak poszanowania wobec różnicy wiekowej. Żyła w twierdzeniu ''Szanuj mnie, ja będę szanować ciebie. Natomiast w odbiciu lustrzanym, będzie vice versa''
Piosenka znów się włączyła, ona znów się zatraciła. Przeżywała piękną chwilę, niedostępną dla kogokolwiek innego. Nadeszła kolejna najbardziej intrygująca wizja.
Złapała nic nie znaczącą osobę od tyłu, wykręciła jej ręce zniewalając. Próbowała uspokoić, czułymi słowami. Uświadamiała co stanie się następnie. Mówiła to jednak w taki sposób, który uspokajał.
- Staniesz się czymś więcej, nie bój się. Będzie bolało, ale to będzie twoje niesamowite. Odrodzenie.-Szeptała i głaskała po policzku. Ofiara błagała o litość o wolność, dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego wykonać. Zaczęła odprawiać coś złego a zarazem, pięknego. Zaczęła się czule przytulać do policzka ofiary, tak delikatnie.
- Robię to dla ciebie, nie znając cię, jednak jest to dla ciebie. Zaboli, będziesz rozpaczać i wić się z bólu, nastaną drgawki. Wierz mi, to będzie coś pięknego i powtórzę, dla ciebie.-Robiła to w dziwny sposób, bo dziewczyna w jej objęciach, robiła się co raz spokojniejsza. Manipulowanie przypadkowymi ludźmi miała opanowane do perfekcji. Manipulowanie ich umysłem.
Wyciągnęła ostry nóż.
- Spokojnie, możesz krzyczeć.-Podciągnęła jej koszulkę i dotknęła nożem podbrzusza, od którego zacznie.- Nie walcz.- Wbiła ostry jak brzytwa nóż do jej wnętrza. Rozległ się rozpaczający wrzask i za pierwszym podejściem rozpoczęły się drgawki.- Jesteś bardzo delikatna, stajesz się nocnym aniołem.-Z chwili na chwilę mordująca dziewczyna zaczęła kochać. Ciągnęła nożem co raz wyżej, czują się próby wyrwania. To było nie możliwe, była przypięta. Nóż rozrywał.- Jesteś w drodze do piękna.-Pocałowała jej szczękę. Kiedy doszła do klatki piersiowej, nóż się zatrzymał. Wrzaski były słabsze, dalej jednak cierpiące. Dominująca tutaj osoba rzuciła zakrwawiony nóż zaraz koło uda ofiary. Złapała ręką za płat skóry od strony serca.- Poczuj swoje piękno.-Złapała delikatnie jej roztrzęsioną rękę. Nakierowała ją ku sercu, wsunęła ją tak aby czuła jak co raz słabiej bije.- Jesteś piękna, ważna.-Zaczęła rozpaczać.- Nie zmarnuj tego.-Złożyła pocałunek na jej szyi i spoczywała przy niej do momentu aż serce przestało bić, ona zaczęła się osuwać. Morderczyni ją tuliła, kołysała. To było jej dziecko, jej stworzenie.
Momentalnie wyrwała się z tej wizji. Złapała dech w piersi i czuła spływające po jej policzkach łzy, rozpacz. Czarne smugi, najpiękniejszy obraz na świecie. Rozpaczała bo nie mogła w rzeczywistości dać komuś tego cudu.
Życie znów powróciło do normy. Krótki sen - bezsenność spowodowana przyjmowanych leków depresyjnych. Powstanie, będąc normalną istotą zacząć kolejny, znienawidzony dzień. Na język cisnęły się tylko słowa.
- Mdli mnie ludzka egzystencja.
A teraz zamilcz i zrozum piękno.
Session
Sesja. Wstęp
Psychoterapia Psychodynamiczna
Przyprowadzili ją w kaftanie. Jej czarne włosy przysłaniały bladą twarz oraz podkrążone oczy. Głowę miała spuszczoną, wyglądała na dobitą. Tak jednak nie było.
Przypięli ją do metalowego krzesła przed biurkiem kobiety w białym fartuchu. Ukradkiem widziała jak kobieta zakłada nogę na nogę. Dominujący gest. Dziewczynie aż wkradł się paskudny uśmieszek na twarz, lubiła tą sukę. Uwielbiała z nią spędzać czas. Każdy kto napotkał czarnowłosą dziewczynę i chciał rozmawiać w psychologiczny sposób, nie wytrzymywał. Nikt się jej nie podejmował. Niepoczytalna - tak właśnie była określana. Natomiast jej nowa znajoma? Rozmawiały jak o słonecznej pogodzie. Beztroskie, płynne, wciągnięte.
- Witaj.-Ton głosu kobiety w fartuchu był jak zwykle ciepły.
- Dzisiaj jesteś pewniejsza siebie. Noga na nogę. A może to nie to? Zgwałcił cię kiedyś ktoś? Evo.-Eva uśmiechnęła się w przyjazny sposób.
- Widzę, że dzisiaj zwracasz uwagę na szczegóły.-Zanotowała coś na kartce.
- A jednak.-Czarnowłosa uniosła wzrok z szyderczym uśmiechem.
- Dzisiaj twój wyjątkowy dzień?-Spojrzała na dziewczynę okazując jej głębokie zainteresowanie. Dziewczyna zaczęła się kręcić na krześle z co raz to większym uśmiechem
- Kupiłaś mi trupa prawda! Powiedz że tak...-Momentalnie posmutniała.- Venom stracił głowę, czu.-Nagle zachłysnęła się własnym słowem co przykuło wzrok psychiatry.
- Tęsknotę.
- Milcz.-Warknęła, jej oczy przepełnione były agresją i obrzydzeniem. W środku jednak dalej wiedziała, że jest z kimś kogo towarzystwo jest ciekawe.
- Pytałam o to ale się nie zgodzili.-Dziewczyna opuściła głowę niżej. Teraz dopadło ją jakieś paskudne uczucie, nie znała go. Zapomniała o nim.- Jednak nie zapomniałam o tobie.-Młodsza uniosła spojrzenie z zaciekawieniem.- Pokażę ci pod koniec sesji.
- To godzina... Wiesz, że nie lubię czekać.-Przekręciła głowę w bok aby ujrzeć ile do końca.
- Jednak lubisz nasze spotkania? Prawda.
- Kontynuuj.-Warknęła oschłym tonem. Eva skinęła głową i zrobiła to o co w swój sposób poprosiła ją dziewczyna.
- To już nasze sto pięćdziesiąte spotkanie.-Pokręciła głową z niedowierzaniem.- Tobie też przeminęło jak chwila?
- Czekasz na każdy raz?-Kolejne oschłe pytanie. Było jednak dobrą oznaką dla Evy. Pytanie miało podłoże tej lepszej osoby swojej pacjentki.
- Tak.
Dziewczyna niewytłumaczalnie wyrwała się z poluzowanych więzów złapała nóż, który kiedyś zostawiła pod szufladami biurka Evy. Wskoczyła na blat i przystawiła jej nóż do gardła. Spojrzeniem drapieżnika, który dopadł swoją ofiarę. Zrobiła nacięcie i na tym etapie się zatrzymała.- Wróć.-Usłyszała od ofiary.
Źrenice czarnowłosej dziewczyny znów wróciły do normy. Mrugnęła parę razy i rozglądała się po pomieszczeniu. Była znów przypięta, w kaftanie. Eva siedziała przed nią, noża nie było a szyja Evy była nie tknięta. Pierwsze pytanie
- Gdzie nóż?-Od dawna nie była w takim stanie. Zastała lekki uśmiech starszej od niej kobiety, która zapisywała.
- Znam cię.
- Spluwam na ciebie! Chuj wiesz.-Kolejny zapis Evy. Dobra oznaka, dziewczyna wyraża zdenerwowanie.
- Venom, tak?-Dziewczyna znów wróciła do ładu.
- Tak.-Kobieta się rozpisała i zastanawiała nad tą ciekawą nazwą. Podparła brodę i rzuciła długopis na biurko.
- Opowiesz mi dlaczego go tak nazwałaś?-Młoda zakpiła.
- Zależy ci na tym.
- Oczywiście!-Uśmiechnęła się.- Wiesz, że lubię o tobie słuchać. Jesteś ważna.-To słowo, dziewczyna słyszała je za każdym razem. Jakby natrętnie miało się wbić w jej umysł. Spojrzała na ziemie, zdezorientowana.
- Przez początek zrobiłam mu dziurę w brzuchu, trzymał w nich leki. Te leki, trujecie mnie nimi! To miała być te...
- Ci-cho.-Eva przeciągnęła.- Nie denerwuj się.
- Zamknij się.-Eva ciągnęła dalej.
- Pamiętaj jestem tu dla cie...
- Milcz do diabła!-Zaczęła tracić dech w piersi.
- Nie będzie dobrze, nawet nie wiem czy stąd wyjdziesz. Ale porozmawiaj ze mną, nic do stracenia.-Poprawiła się.- A teraz powiedz mi coś o czym nie wiem, skąd jeszcze ta nazwa? To twoja druga oso...
- Nie.-Eva kiwnęła głową przyjmując wiadomość.- Nie...-Czarnowłosa zaczęła się uspokajać.- To... Venom, on jest... przyja...-Znowu zaczęła tracić dech w piersi, znów serce jej waliło. Medycy psychiatrii dbali o jej serce wiedząc, że po truciu się oraz paru próbach samobójczych serce dziewczyny było słabe.
- Nie chcę abyś się źle czuła. Spokojnie... Jesteś?-Młodsza starała się nie reagować jednak coś skupiało się na tych słowach.- Jesteś z nami? Poproszę cię o rozmowę.-Czarnowłosa zaczęła się trząść, co raz bardziej. Uciążliwe drgawki towarzyszące jej od długiego czasu. Nagle ustąpiły, straciła władzę nad ciałem. Można by powiedzieć, że i przytomność. Rozwiał to jednak nie przyjemny i oszalały śmiech. Uniosła głowę. Znów miała te rozszerzone źrenice. Eva to zanotowała, znów odłożyła długopis. Spokojnie, bardzo spokojnie.
- Czego chcesz suko.-Głos skąpany w kpinie.
- Porozmawiać. Mam wiele pytań. Mój drogi.-Młoda z wcieleniem mężczyzny zaczęła się śmiać.
- Drogi, aż tak żałośnie?
- Cenię cię.-Znów ten ciepły uśmiech. Ono natomiast westchnęło.
- Intrygujesz mnie Evo, z razu na raz co raz bardziej. Nocami aż o tobie fantazjuję, wiesz?-Wrócił jednak do tematu.- Czego chcesz.
- Jesteś trucizną w ciele naszej ukochanej dziewczynki? Chciałabym się dowiedzieć o tym więcej.-Wzruszył ramionami.
- Jest moja.
- Czas dać jej wolną rękę.
- Jest moja, ja ją wychowałem.-Powiedział stanowczo.- Jej emocje były monumentalne, ja je obniżyłem.
- Za to ci dziękuję.
- To zaszczyt.-Spojrzała wprost w jego przekrwione oczy. On w przeciwieństwie do dziewczyny odchylił głowę do tyłu pokazując wymęczoną i nie wyspaną twarz.
- A teraz... Mój drogi, jak się nazywasz?-Nie umiał się nawet uśmiechnąć. Aluzję pytania jednak zrozumiał i było to dla niego dość ciekawe.
- Satan.-Wypowiedział takim głębokim tonem od którego większość z kobiet i nielicznych mężczyzn wpadało w podniecenie, zimny dreszcz i wydobyło lekkie westchnięcie.
Głowa młodej dziewczyny opadła jednak odzyskiwała świadomość. Bardzo słabo jednak organizm i psychika walczyły. Spojrzenie było zamazane. Zaskoczyło ją to co zobaczyła odzyskując ostrość wizji.
- Witaj kochana S.-Przykucnęła przy S nie dotykając jej, wiedziała, że tego nie lubi. W rękach jednak trzymała jakiś przedmiot. Maskotka.- To jest moja droga Abaddon. Abaddon ma klucz do tworzenia światów. Wszystkiego najlepszego.-Spojrzała w sposób, którym czasem uspakajała czarnowłosą.
Dziewczyna spojrzała ze zdziwieniem, chwilę potem po policzku spłynęła samotna łza.
Psychoterapia Psychodynamiczna
Przyprowadzili ją w kaftanie. Jej czarne włosy przysłaniały bladą twarz oraz podkrążone oczy. Głowę miała spuszczoną, wyglądała na dobitą. Tak jednak nie było.
Przypięli ją do metalowego krzesła przed biurkiem kobiety w białym fartuchu. Ukradkiem widziała jak kobieta zakłada nogę na nogę. Dominujący gest. Dziewczynie aż wkradł się paskudny uśmieszek na twarz, lubiła tą sukę. Uwielbiała z nią spędzać czas. Każdy kto napotkał czarnowłosą dziewczynę i chciał rozmawiać w psychologiczny sposób, nie wytrzymywał. Nikt się jej nie podejmował. Niepoczytalna - tak właśnie była określana. Natomiast jej nowa znajoma? Rozmawiały jak o słonecznej pogodzie. Beztroskie, płynne, wciągnięte.
- Witaj.-Ton głosu kobiety w fartuchu był jak zwykle ciepły.
- Dzisiaj jesteś pewniejsza siebie. Noga na nogę. A może to nie to? Zgwałcił cię kiedyś ktoś? Evo.-Eva uśmiechnęła się w przyjazny sposób.
- Widzę, że dzisiaj zwracasz uwagę na szczegóły.-Zanotowała coś na kartce.
- A jednak.-Czarnowłosa uniosła wzrok z szyderczym uśmiechem.
- Dzisiaj twój wyjątkowy dzień?-Spojrzała na dziewczynę okazując jej głębokie zainteresowanie. Dziewczyna zaczęła się kręcić na krześle z co raz to większym uśmiechem
- Kupiłaś mi trupa prawda! Powiedz że tak...-Momentalnie posmutniała.- Venom stracił głowę, czu.-Nagle zachłysnęła się własnym słowem co przykuło wzrok psychiatry.
- Tęsknotę.
- Milcz.-Warknęła, jej oczy przepełnione były agresją i obrzydzeniem. W środku jednak dalej wiedziała, że jest z kimś kogo towarzystwo jest ciekawe.
- Pytałam o to ale się nie zgodzili.-Dziewczyna opuściła głowę niżej. Teraz dopadło ją jakieś paskudne uczucie, nie znała go. Zapomniała o nim.- Jednak nie zapomniałam o tobie.-Młodsza uniosła spojrzenie z zaciekawieniem.- Pokażę ci pod koniec sesji.
- To godzina... Wiesz, że nie lubię czekać.-Przekręciła głowę w bok aby ujrzeć ile do końca.
- Jednak lubisz nasze spotkania? Prawda.
- Kontynuuj.-Warknęła oschłym tonem. Eva skinęła głową i zrobiła to o co w swój sposób poprosiła ją dziewczyna.
- To już nasze sto pięćdziesiąte spotkanie.-Pokręciła głową z niedowierzaniem.- Tobie też przeminęło jak chwila?
- Czekasz na każdy raz?-Kolejne oschłe pytanie. Było jednak dobrą oznaką dla Evy. Pytanie miało podłoże tej lepszej osoby swojej pacjentki.
- Tak.
Dziewczyna niewytłumaczalnie wyrwała się z poluzowanych więzów złapała nóż, który kiedyś zostawiła pod szufladami biurka Evy. Wskoczyła na blat i przystawiła jej nóż do gardła. Spojrzeniem drapieżnika, który dopadł swoją ofiarę. Zrobiła nacięcie i na tym etapie się zatrzymała.- Wróć.-Usłyszała od ofiary.
Źrenice czarnowłosej dziewczyny znów wróciły do normy. Mrugnęła parę razy i rozglądała się po pomieszczeniu. Była znów przypięta, w kaftanie. Eva siedziała przed nią, noża nie było a szyja Evy była nie tknięta. Pierwsze pytanie
- Gdzie nóż?-Od dawna nie była w takim stanie. Zastała lekki uśmiech starszej od niej kobiety, która zapisywała.
- Znam cię.
- Spluwam na ciebie! Chuj wiesz.-Kolejny zapis Evy. Dobra oznaka, dziewczyna wyraża zdenerwowanie.
- Venom, tak?-Dziewczyna znów wróciła do ładu.
- Tak.-Kobieta się rozpisała i zastanawiała nad tą ciekawą nazwą. Podparła brodę i rzuciła długopis na biurko.
- Opowiesz mi dlaczego go tak nazwałaś?-Młoda zakpiła.
- Zależy ci na tym.
- Oczywiście!-Uśmiechnęła się.- Wiesz, że lubię o tobie słuchać. Jesteś ważna.-To słowo, dziewczyna słyszała je za każdym razem. Jakby natrętnie miało się wbić w jej umysł. Spojrzała na ziemie, zdezorientowana.
- Przez początek zrobiłam mu dziurę w brzuchu, trzymał w nich leki. Te leki, trujecie mnie nimi! To miała być te...
- Ci-cho.-Eva przeciągnęła.- Nie denerwuj się.
- Zamknij się.-Eva ciągnęła dalej.
- Pamiętaj jestem tu dla cie...
- Milcz do diabła!-Zaczęła tracić dech w piersi.
- Nie będzie dobrze, nawet nie wiem czy stąd wyjdziesz. Ale porozmawiaj ze mną, nic do stracenia.-Poprawiła się.- A teraz powiedz mi coś o czym nie wiem, skąd jeszcze ta nazwa? To twoja druga oso...
- Nie.-Eva kiwnęła głową przyjmując wiadomość.- Nie...-Czarnowłosa zaczęła się uspokajać.- To... Venom, on jest... przyja...-Znowu zaczęła tracić dech w piersi, znów serce jej waliło. Medycy psychiatrii dbali o jej serce wiedząc, że po truciu się oraz paru próbach samobójczych serce dziewczyny było słabe.
- Nie chcę abyś się źle czuła. Spokojnie... Jesteś?-Młodsza starała się nie reagować jednak coś skupiało się na tych słowach.- Jesteś z nami? Poproszę cię o rozmowę.-Czarnowłosa zaczęła się trząść, co raz bardziej. Uciążliwe drgawki towarzyszące jej od długiego czasu. Nagle ustąpiły, straciła władzę nad ciałem. Można by powiedzieć, że i przytomność. Rozwiał to jednak nie przyjemny i oszalały śmiech. Uniosła głowę. Znów miała te rozszerzone źrenice. Eva to zanotowała, znów odłożyła długopis. Spokojnie, bardzo spokojnie.
- Czego chcesz suko.-Głos skąpany w kpinie.
- Porozmawiać. Mam wiele pytań. Mój drogi.-Młoda z wcieleniem mężczyzny zaczęła się śmiać.
- Drogi, aż tak żałośnie?
- Cenię cię.-Znów ten ciepły uśmiech. Ono natomiast westchnęło.
- Intrygujesz mnie Evo, z razu na raz co raz bardziej. Nocami aż o tobie fantazjuję, wiesz?-Wrócił jednak do tematu.- Czego chcesz.
- Jesteś trucizną w ciele naszej ukochanej dziewczynki? Chciałabym się dowiedzieć o tym więcej.-Wzruszył ramionami.
- Jest moja.
- Czas dać jej wolną rękę.
- Jest moja, ja ją wychowałem.-Powiedział stanowczo.- Jej emocje były monumentalne, ja je obniżyłem.
- Za to ci dziękuję.
- To zaszczyt.-Spojrzała wprost w jego przekrwione oczy. On w przeciwieństwie do dziewczyny odchylił głowę do tyłu pokazując wymęczoną i nie wyspaną twarz.
- A teraz... Mój drogi, jak się nazywasz?-Nie umiał się nawet uśmiechnąć. Aluzję pytania jednak zrozumiał i było to dla niego dość ciekawe.
- Satan.-Wypowiedział takim głębokim tonem od którego większość z kobiet i nielicznych mężczyzn wpadało w podniecenie, zimny dreszcz i wydobyło lekkie westchnięcie.
Głowa młodej dziewczyny opadła jednak odzyskiwała świadomość. Bardzo słabo jednak organizm i psychika walczyły. Spojrzenie było zamazane. Zaskoczyło ją to co zobaczyła odzyskując ostrość wizji.
- Witaj kochana S.-Przykucnęła przy S nie dotykając jej, wiedziała, że tego nie lubi. W rękach jednak trzymała jakiś przedmiot. Maskotka.- To jest moja droga Abaddon. Abaddon ma klucz do tworzenia światów. Wszystkiego najlepszego.-Spojrzała w sposób, którym czasem uspakajała czarnowłosą.
Dziewczyna spojrzała ze zdziwieniem, chwilę potem po policzku spłynęła samotna łza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)