To był dzień jak każdy inny. Cichy, neutralny, zwolniony. Mijała znajome, kompletnie znienawidzone twarze. Spoglądała gardzącym wzrokiem. Jak zawsze co chwilę pojawiały się wizje zalane krwią, to właśnie dlatego odwracała spojrzenie. Musiała się opanować i założyć maskę pozytywnej oraz socjalnej osoby. Tak nienawidziła starać się dla pasożytów, wręcz tym gardziła.
Z dnia na dzień było co raz gorzej, wizje stawały się co raz częstsze. Nie była tym załamana, bardziej znudzona lub rozbawiona. Czasem pragnęła aby pęknąć i stać się niepoczytalną. Zalać wszystko na około krwią, popaść w zatracenie - jak w Lśnieniu. Monumentalna wcześniej dusza, stracona na wieki. Układająca się w życie nie przyziemne oraz jak w Hannibalu Lecterze oczyszczone ze zbędnych poczytalności. Dlaczego to jest warte wszystkiego? Wtedy się żyje, widzi coś niemożliwego dla pasożytów. Tak wielki analogizm w stosunku do Lectera.
Jak każdego dnia podczas drogi do tego pustego i narzuconego miejsca, odpaliła papierosa. Piękny czarny nabity śmiercią, perfekcyjnie. Ignorowała otoczenie, otoczenie jednak nie ignorowało jej. Usłyszała rozbawiony ton, zainteresowany jej osobą, osobliwy jej osobie. To nie wróg, to przyjaciel. Na początku akceptujesz wszystkich, potem? Masz dosyć i pokazujesz, że w rzeczywistości jesteś socjopatą.
- Hej, co tam.-Słyszysz będąc czułym na chaotyczne dźwięki. Odpowiadasz automatycznie to co zawsze. Jesteś mało statystyczną istotą, jednak nie pragniesz kłopotów. Nie widzisz się w sytuacji bardziej skomplikowanej jak przymus życia w środowisku tych odrażających istot.
Ostatecznie odrywasz się i przestajesz mówić, nie wiedząc czemu z wkradającym się uśmiechem na twarzy. Przyzwyczajenie? Najprawdopodobniej. Widzą po tobie brak humoru, marudzą lub starają się cię pocieszyć. Ludzki odruch? Ludzie pocieszając przytulają cię, dotykają wspierając, stykają się w jakikolwiek sposobów z twoim ciałem. Boli cię to, przeraża, parzy oraz mdli. Starasz się ich uświadomić ale ludzie? Ludzie to ludzie tępe istoty. Ona nie czuła się lepszą, tylko inną. Cierpiała a zarazem nie chciała tego zmienić. Ludzie chcący ją naprostować zbijali się z nienawiścią, ciężkimi słowami, odrzuceniem.
Z dnia na dzień, jej umysł co raz bardziej odbiegał od rzeczywistości. Znów rozpuściła się, w błogim stanie spokoju. Brak zainteresowania tymi nie ważnymi, codziennymi, chcącymi pomóc i szczególnie narzucającymi.
Pewnego dnia podeszła do niej istota, nie mogła nazwać tego inaczej. Zainteresowanie z tego czegoś strony, współczucie, próba zrozumienia. Mówisz - nic. Nie rozumie. Złapała to za ramie przysuwając się dość blisko do ucha tego czegoś. Zaczęła cierpieć przez to, że zbliżył się do niej dotyk. Potrzebowała jednak sprostować swoje pragnienie.
- Zostaw mnie, albo nie dożyjesz kolejnego dnia.-Szeptała, następnie odsuwając się i przyglądając pustym spojrzeniem.- Zniknij.-Wróciła do swojej oazy spokoju. Usiadła przy biurku jak zawsze patrząc się pusto w ścianę, jej umysł był pochłonięty intensywnymi myślami. Zadawała sobie pytania czy dzisiejszy dzień był realny, czy znienawidzona osoba istniała. Nie umiała sobie odpowiedzieć. Zatraciła to monumentalne zainteresowanie i odchyliła głowę do tyłu. W jej umyśle rozległa się nuta, Thyme, Voices in my Head. Przestała istnieć, cierpieć, nienawidzić i interesować się. Nuta zacięła się na parę sekund a do jej umysłu wkradła się ostatnia sytuacja.
Nauczycielka najeżdżała na jej osobę, próbowała utemperować. Dlaczego? Logika kompletnie tu przepadła, ponieważ dziewczyna mówiła spokojnym tonem. Co śmieszne, w o wiele bardziej rozsądny sposób. W takich chwilach jak ta przestawała nad sobą panować, nad swoim obrzydzeniem. Zakończyła godzinę spokojnym tonem mówiąc ''zakończ ten temat następnym razem, dla własnego dobra''. Miała nadzieję, że starsza kobieta ze zboczeniem zawodowym zrozumiała aluzję. Liczyła też na to, że kobieta uświadomiła sobie, brak poszanowania wobec różnicy wiekowej. Żyła w twierdzeniu ''Szanuj mnie, ja będę szanować ciebie. Natomiast w odbiciu lustrzanym, będzie vice versa''
Piosenka znów się włączyła, ona znów się zatraciła. Przeżywała piękną chwilę, niedostępną dla kogokolwiek innego. Nadeszła kolejna najbardziej intrygująca wizja.
Złapała nic nie znaczącą osobę od tyłu, wykręciła jej ręce zniewalając. Próbowała uspokoić, czułymi słowami. Uświadamiała co stanie się następnie. Mówiła to jednak w taki sposób, który uspokajał.
- Staniesz się czymś więcej, nie bój się. Będzie bolało, ale to będzie twoje niesamowite. Odrodzenie.-Szeptała i głaskała po policzku. Ofiara błagała o litość o wolność, dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego wykonać. Zaczęła odprawiać coś złego a zarazem, pięknego. Zaczęła się czule przytulać do policzka ofiary, tak delikatnie.
- Robię to dla ciebie, nie znając cię, jednak jest to dla ciebie. Zaboli, będziesz rozpaczać i wić się z bólu, nastaną drgawki. Wierz mi, to będzie coś pięknego i powtórzę, dla ciebie.-Robiła to w dziwny sposób, bo dziewczyna w jej objęciach, robiła się co raz spokojniejsza. Manipulowanie przypadkowymi ludźmi miała opanowane do perfekcji. Manipulowanie ich umysłem.
Wyciągnęła ostry nóż.
- Spokojnie, możesz krzyczeć.-Podciągnęła jej koszulkę i dotknęła nożem podbrzusza, od którego zacznie.- Nie walcz.- Wbiła ostry jak brzytwa nóż do jej wnętrza. Rozległ się rozpaczający wrzask i za pierwszym podejściem rozpoczęły się drgawki.- Jesteś bardzo delikatna, stajesz się nocnym aniołem.-Z chwili na chwilę mordująca dziewczyna zaczęła kochać. Ciągnęła nożem co raz wyżej, czują się próby wyrwania. To było nie możliwe, była przypięta. Nóż rozrywał.- Jesteś w drodze do piękna.-Pocałowała jej szczękę. Kiedy doszła do klatki piersiowej, nóż się zatrzymał. Wrzaski były słabsze, dalej jednak cierpiące. Dominująca tutaj osoba rzuciła zakrwawiony nóż zaraz koło uda ofiary. Złapała ręką za płat skóry od strony serca.- Poczuj swoje piękno.-Złapała delikatnie jej roztrzęsioną rękę. Nakierowała ją ku sercu, wsunęła ją tak aby czuła jak co raz słabiej bije.- Jesteś piękna, ważna.-Zaczęła rozpaczać.- Nie zmarnuj tego.-Złożyła pocałunek na jej szyi i spoczywała przy niej do momentu aż serce przestało bić, ona zaczęła się osuwać. Morderczyni ją tuliła, kołysała. To było jej dziecko, jej stworzenie.
Momentalnie wyrwała się z tej wizji. Złapała dech w piersi i czuła spływające po jej policzkach łzy, rozpacz. Czarne smugi, najpiękniejszy obraz na świecie. Rozpaczała bo nie mogła w rzeczywistości dać komuś tego cudu.
Życie znów powróciło do normy. Krótki sen - bezsenność spowodowana przyjmowanych leków depresyjnych. Powstanie, będąc normalną istotą zacząć kolejny, znienawidzony dzień. Na język cisnęły się tylko słowa.
- Mdli mnie ludzka egzystencja.
A teraz zamilcz i zrozum piękno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz