Czasem zastanawiam się jaka jest definicja słowa śmierć. Albo wyobrażenie uczucia po śmierci. Każdy wierzy w to, iż jest to ostateczny spokój. Duch uwolniony z ciała tonącego w cierpieniu. Odejście z tego świata i pójście do świata nieznanych Bogów. Wierzenie w to, że to w co wierzymy jest dobre i odpowiednie. Nie znając tego i nie mogąc posmakować tak jak posmakować można kroplę czerwonego wina. Jak można wierzyć w spokój po śmierci będąc katolikiem, kiedy grzechem śmiertelnym jest popełnienie samobójstwa według zasad ich wiary. Jak można wierzyć w spokój będąc ateistą wierzącym, że po śmierci nie ma niczego ponieważ nie wierząc w nic nie można też wierzyć w przestrzeń po za czasem. Jak można odebrać sobie życie będąc agnostykiem, który twierdzi, że nie uwierzy w coś czego nie zobaczy co oznacza, że nie może też wierzyć w spokój po śmierci bo nigdy mu tego spokoju nie udowodniono. Czyż to nie łamanie swoich zasad? Czyż samobójstwo to nie oszukiwanie samego siebie? Naiwność, która w naszym świecie jest czymś negatywnym dla każdego człowieka. Nikt z nas nie chce być naiwnym, bo nikt z nas nie chce cierpieć - szczególnie niedoszli samobójcy. Naiwność, to właśnie jest samobójstwo. Nie tchórzostwo, nie odwaga, nie ulga. Naiwność.
Pomimo tego pragnę tego każdego poranka, południa i północy. Jednak w głębi siebie wiem, że chcę żyć ale w świecie, w którym włosy rozwiewa ciepły wiatr nie skażony ludzkimi okrucieństwami. W świecie, w którym wolność nie jest tylko fantazją. W świecie, w którym skrzydła pegazów strzepujących poranne krople rosy z zieleni pokrywającej cały obszar. W świecie, w którym miłość idealna istnieje, nie jest bolesna bo jest idealna. W świecie, w którym słońce nie jest bolesnym ogniem, tylko czymś czego moment zachodu trwa wiecznie i koi oczy bardziej niż błękit nieba. Ludzkie ręce nie kaleczą, tylko wprawiają w niewinny dreszcz emocji, przyjemność i bezwstydną ekstazę. Dotyk, który w tamtym pięknym świecie nie jest zakazany. W świecie, w którym dwie dusze w końcu mogą być zlepione w jedność bo żałosny system, nie ma na te dwie dusze wpływu.
Wstyd mi za moje wyobrażenie piękna i wolności bo to też naiwność, jednak nie umiem wyrwać tego ze strzępów mojego poranionego serca.
niedziela, 27 lipca 2014
piątek, 25 lipca 2014
White prince and white horse.
Odkąd trafili razem z Dye'm i Mattem w to miejsce, Noel zaczął spędzać cały swój czas w samotności. Dye natomiast w tym miejscu nie był tym samym człowiekiem jakim był kiedyś. Noel miał nawet wrażenie, że czuje się tutaj lepiej niż w domu. Szkoda tylko, że z tego tytułu zaczął co raz bardziej zapominać o kimś, kto w jego życiu był ponoć tak ważny. Przesiadywał mnóstwo czasu z Urielem i rozmawiał o sprawach, o których wiedzieli tylko oni. Matt'a widział tylko wtedy kiedy w okolicy pokazywała się ta czupryna o kolorze słomy. Chociaż, od pewnego czasu nie widział go nawet z Angrą. Noel czuł, że za zniknięciem Matt'a stał Uriel, czuł to w kościach. Drobny, czarnowłosy chłopak o jasnym spojrzeniu jednak nigdy nie dbał o to co stanie się z Matt'em. Byli sobie odlegli, zawsze. Łączył ich tylko Dye, który z dnia na dzień stawał się co raz bardziej niewidzialny. Matt i Noel to były dwa różne światy tworzące między sobą kontrast. Kontrast ognia i wody, a Dye. Dye był powietrzem.
Młody poznał tutaj wiele osób, które ponoć były tak samo ważne jak on. On? Noel? Ważny? Nie rozumiał, a Uriel nie chciał tego jeszcze tłumaczyć. Cały on, tajemniczy biały książę, perfekcjonista, geniusz taktyki. Mówił tylko, że młody jest taki sam jak na przykład Deimos. Mężczyzna tak samo tajemniczy jak Uriel. Był wszędzie, widział wszystko, wiedział wszystko. Poruszał się niczym cień, a jego usta prawie zawsze były jak zaszyte nicią. Noel bał się mu patrzeć w te jego bursztynowe oczy, miał wrażenie, że mężczyzna czyta mu w myślach.
Trzymał w ręce butelkę alkoholu, którego mieli w tym miejscu pod dostatkiem. Machał nią patrząc jak bursztyn alkoholu wiruje w szklanym wnętrzu. Nie wiedział gdzie był, nie wiedział gdzie chce iść, nie wiedział co chce zrobić. Odkąd zabił każdego członka swojego drzewa genealogicznego, stracił cel w życiu. Kiedy trawił do tego miejsca, stracił sens życia. Co miał z tym zrobić? Mógł tylko egzystować i słuchać kazań Uriela kiedy trzeba było, od czasu do czasu spojrzeć w oczy Dye, a potem znów być samotnym i odkrywać co raz głębsze zakątki tego pustkowia.
Szedł przez szlak wyłożony białymi oszlifowanymi kamieniami, dookoła niego skały okryte kolorem cyjanu i kobaltu. To miejsce było dziwne pod każdym tego słowa znaczeniem. Nigdy nie widział tutaj słońca. Bynajmniej nie w obszarach, w których funkcjonował Uriel i jego mała armia, której Noel był członkiem. Innych nie znał, inne były mu zakazane, a wydawały się czymś co dałoby mu odrobinę wolności. Wolności, której już nie pamiętał. Nie pamiętał? Może nigdy jej jednak nie było? Nagle zamiast skalistej ściany rozpoczął się szereg metalowych krat brudnych od pyłu piachu. Nie szczególnie zainteresowany szedł przed siebie i ścierał pył z każdej kolejnej wskazującym palcem. A potem stanął wciąż patrząc się przed siebie, luźno trzymając butelkę, palca opierając o kratę. Słuch skupiony jednak na szumie łańcuchów za kratami, ktoś siedział tam w ciemni. Noel widział to oczami umysłu. Stał tak może z trzy minuty, potem skierował wzrok w stronę cienia i ujrzał białą jak Uriel postać. Długie zlepione brudem kosmyki, brudne od piachu dłonie oraz stopy. Siedziała jak biała lalka, zaniedbana, o której ktoś już dawno temu zapomniał. Przykuta do łańcuchów na wiele różnych sposobów, jakby ktoś panicznie bał się jej ucieczki.
Sam nie wiedząc czemu w pewnej chwili usiadł na tym brudnym podłożu skierowany twarzą w jej stronę. Butelkę wsadził między nogi i tak ją obserwował przez dłuższy czas. Jej sylwetka mówiła wiele, to musiała być kobieta, a jak nie kobieta to drugi Angra zrobiony z porcelany. Angra, jego piękno było nie do opisania, charakter jednak zamknięty w jednym słowie - beznamiętność. Nie chciał myśleć jednak o nim, wolał spoglądać na nią. Pomimo, że słyszał szelest łańcuchów to zastanawiał się czy jest martwa, jak długo tu spoczywa i dlaczego. Czemu był tym zainteresowany? Nie miał niczego lepszego do roboty. W sumie to miał, opróżnianie butelki, której alkohol zdążył mu już uderzyć do głowy.
- Tańczy w twoich oczach.-Usłyszał z oddali. Zmarszczył brwi i mruknął. Wystarczyło tylko to mrugnięcie, a ona nadal będąc za kratami teraz twarz miała parę centymetrów od niego.- Życie.-Puste błękitne spojrzenie, pozbawione nadziei, wypatroszone z marzeń. Było mistyczne, ale chłód tego spojrzenia wypełnił każdą żyłę w jego ciele. Nie było już jednak widać po nim zdziwienia, czy niepokoju. To był Noel, a Noel patrzył na wszystko tak jak Angra. Beznamiętnie. Kosmyki pięknej lecz zabrudzonej kobiety, z oczyma hipnotyzującymi jak śpiew syren, zaczęły pływać w powietrzu. Zsypywał się z nich piach, opadał na jej ramiona.- Tęsknota.-Dodała cichym tonem głosu.- Nadzieja.-Noel wiedział, że jest mu to obce, więc nie rozumiał po co mu to mówiła. Nie wiedział jednak ile kobieta miała w tym racji i ile wiedziała.- Ślepota.-Dodała chłodnym tonem. Zasiadła po turecku i patrzyła mu prosto w oczy. Czasem się ruszyła czemu towarzyszył dźwięk ciąganych łańcuchów.- Nie masz już celu, więc po co?-Zadała mu pytanie, które trafiło do niego bardziej niż cokolwiek innego.- Nie masz po co żyć, więc dlaczego?-Te pytania były takie nieskładne.- Zostawił cię. Książę, wybawiciel. Jeździec białego konia. Zostawił cię.-Robiło mu się co raz chłodniej, ale nie mógł odwrócić wzroku od jej spojrzenia czy odejść.- Czemu? Życie w twoich oczach, czemu ono dalej tańczy?
- Kim jesteś?-Od dłuższego czasu znowu się nie odzywał do innych, teraz jednak czuł potrzebę. Musiał się zapytać, musiał się odezwać.
- A kim ty jesteś?-Przybliżyła się, oparła policzek o zimną kratę.- Zapomniany? Ból? Nędza? Smutek? Kim jesteś?-Przyjrzała się dokładniej jego na pierwszy rzut oka spustoszałej twarzy.- Samotność.-Wyszeptała, a jej wzrok posmutniał. Wysunęła rękę z pomiędzy krat i otuliła jego policzek. Nigdy tego nie czuł, nie czuł takiego spokoju, takiej ulgi i chęci do życia. Odetchnął głębiej, źrenice się rozszerzyły, a ręce rozluźniły.- Pięknem.-Wyszeptała z co raz to większym smutkiem w błękitnych oczach.
- Kim jesteś?-Szepnął w końcu doczekując się odpowiedzi.
- Zapomnianą wolnością.-Po czym wyparowała, a przed jego oczami znów ten sam obraz. Zapomnianej lalki siedzącej w cieniu, przykutej do ścian. Patrzył na nią nie będąc pewnym tego krótkiego zdarzenia.
W końcu wstał, strzepał z siebie piach, spojrzał po raz ostatni, zabrał butelkę i odszedł. W ciszy i zamyśleniu.
Młody poznał tutaj wiele osób, które ponoć były tak samo ważne jak on. On? Noel? Ważny? Nie rozumiał, a Uriel nie chciał tego jeszcze tłumaczyć. Cały on, tajemniczy biały książę, perfekcjonista, geniusz taktyki. Mówił tylko, że młody jest taki sam jak na przykład Deimos. Mężczyzna tak samo tajemniczy jak Uriel. Był wszędzie, widział wszystko, wiedział wszystko. Poruszał się niczym cień, a jego usta prawie zawsze były jak zaszyte nicią. Noel bał się mu patrzeć w te jego bursztynowe oczy, miał wrażenie, że mężczyzna czyta mu w myślach.
Trzymał w ręce butelkę alkoholu, którego mieli w tym miejscu pod dostatkiem. Machał nią patrząc jak bursztyn alkoholu wiruje w szklanym wnętrzu. Nie wiedział gdzie był, nie wiedział gdzie chce iść, nie wiedział co chce zrobić. Odkąd zabił każdego członka swojego drzewa genealogicznego, stracił cel w życiu. Kiedy trawił do tego miejsca, stracił sens życia. Co miał z tym zrobić? Mógł tylko egzystować i słuchać kazań Uriela kiedy trzeba było, od czasu do czasu spojrzeć w oczy Dye, a potem znów być samotnym i odkrywać co raz głębsze zakątki tego pustkowia.
Szedł przez szlak wyłożony białymi oszlifowanymi kamieniami, dookoła niego skały okryte kolorem cyjanu i kobaltu. To miejsce było dziwne pod każdym tego słowa znaczeniem. Nigdy nie widział tutaj słońca. Bynajmniej nie w obszarach, w których funkcjonował Uriel i jego mała armia, której Noel był członkiem. Innych nie znał, inne były mu zakazane, a wydawały się czymś co dałoby mu odrobinę wolności. Wolności, której już nie pamiętał. Nie pamiętał? Może nigdy jej jednak nie było? Nagle zamiast skalistej ściany rozpoczął się szereg metalowych krat brudnych od pyłu piachu. Nie szczególnie zainteresowany szedł przed siebie i ścierał pył z każdej kolejnej wskazującym palcem. A potem stanął wciąż patrząc się przed siebie, luźno trzymając butelkę, palca opierając o kratę. Słuch skupiony jednak na szumie łańcuchów za kratami, ktoś siedział tam w ciemni. Noel widział to oczami umysłu. Stał tak może z trzy minuty, potem skierował wzrok w stronę cienia i ujrzał białą jak Uriel postać. Długie zlepione brudem kosmyki, brudne od piachu dłonie oraz stopy. Siedziała jak biała lalka, zaniedbana, o której ktoś już dawno temu zapomniał. Przykuta do łańcuchów na wiele różnych sposobów, jakby ktoś panicznie bał się jej ucieczki.
Sam nie wiedząc czemu w pewnej chwili usiadł na tym brudnym podłożu skierowany twarzą w jej stronę. Butelkę wsadził między nogi i tak ją obserwował przez dłuższy czas. Jej sylwetka mówiła wiele, to musiała być kobieta, a jak nie kobieta to drugi Angra zrobiony z porcelany. Angra, jego piękno było nie do opisania, charakter jednak zamknięty w jednym słowie - beznamiętność. Nie chciał myśleć jednak o nim, wolał spoglądać na nią. Pomimo, że słyszał szelest łańcuchów to zastanawiał się czy jest martwa, jak długo tu spoczywa i dlaczego. Czemu był tym zainteresowany? Nie miał niczego lepszego do roboty. W sumie to miał, opróżnianie butelki, której alkohol zdążył mu już uderzyć do głowy.
- Tańczy w twoich oczach.-Usłyszał z oddali. Zmarszczył brwi i mruknął. Wystarczyło tylko to mrugnięcie, a ona nadal będąc za kratami teraz twarz miała parę centymetrów od niego.- Życie.-Puste błękitne spojrzenie, pozbawione nadziei, wypatroszone z marzeń. Było mistyczne, ale chłód tego spojrzenia wypełnił każdą żyłę w jego ciele. Nie było już jednak widać po nim zdziwienia, czy niepokoju. To był Noel, a Noel patrzył na wszystko tak jak Angra. Beznamiętnie. Kosmyki pięknej lecz zabrudzonej kobiety, z oczyma hipnotyzującymi jak śpiew syren, zaczęły pływać w powietrzu. Zsypywał się z nich piach, opadał na jej ramiona.- Tęsknota.-Dodała cichym tonem głosu.- Nadzieja.-Noel wiedział, że jest mu to obce, więc nie rozumiał po co mu to mówiła. Nie wiedział jednak ile kobieta miała w tym racji i ile wiedziała.- Ślepota.-Dodała chłodnym tonem. Zasiadła po turecku i patrzyła mu prosto w oczy. Czasem się ruszyła czemu towarzyszył dźwięk ciąganych łańcuchów.- Nie masz już celu, więc po co?-Zadała mu pytanie, które trafiło do niego bardziej niż cokolwiek innego.- Nie masz po co żyć, więc dlaczego?-Te pytania były takie nieskładne.- Zostawił cię. Książę, wybawiciel. Jeździec białego konia. Zostawił cię.-Robiło mu się co raz chłodniej, ale nie mógł odwrócić wzroku od jej spojrzenia czy odejść.- Czemu? Życie w twoich oczach, czemu ono dalej tańczy?
- Kim jesteś?-Od dłuższego czasu znowu się nie odzywał do innych, teraz jednak czuł potrzebę. Musiał się zapytać, musiał się odezwać.
- A kim ty jesteś?-Przybliżyła się, oparła policzek o zimną kratę.- Zapomniany? Ból? Nędza? Smutek? Kim jesteś?-Przyjrzała się dokładniej jego na pierwszy rzut oka spustoszałej twarzy.- Samotność.-Wyszeptała, a jej wzrok posmutniał. Wysunęła rękę z pomiędzy krat i otuliła jego policzek. Nigdy tego nie czuł, nie czuł takiego spokoju, takiej ulgi i chęci do życia. Odetchnął głębiej, źrenice się rozszerzyły, a ręce rozluźniły.- Pięknem.-Wyszeptała z co raz to większym smutkiem w błękitnych oczach.
- Kim jesteś?-Szepnął w końcu doczekując się odpowiedzi.
- Zapomnianą wolnością.-Po czym wyparowała, a przed jego oczami znów ten sam obraz. Zapomnianej lalki siedzącej w cieniu, przykutej do ścian. Patrzył na nią nie będąc pewnym tego krótkiego zdarzenia.
W końcu wstał, strzepał z siebie piach, spojrzał po raz ostatni, zabrał butelkę i odszedł. W ciszy i zamyśleniu.
sobota, 19 lipca 2014
Lawendy
Tańczyła jak porcelanowa lalka w lesie zarośniętym cierniami. Wsłuchana w muzykę, która tamowała ból, z dnia na dzień w tym tańcu obrastała w tytan. Wolała tańczyć tam niż na polu zapełnionym brakiem szczęścia z wiatrem napawającym strachem. Tańczyła w strachu o każdy dzień, który mógł złapać ją za włosy i wyszarpać do rzeczywistości. A kiedy to zrobiono, ten obrastający tytan zdążył już zakryć jej twarz. Rzucono nią na ziemie, obcięto skrzydła i przypięto do łańcucha, ciągnąć w stronę szczęścia zbudowanego z kłamstwa.
W mojej głowie nadal tańczę obijając się o tytan i tracąc kolejną i kolejną część. Pragnę latać skrzydłami, których już nie mam. Chcę zamknąć oczy i czytać wiersze wydarte z mojego serca. Odpłynąć łodzią na głęboki ocean aby topić się w nim, będąc jak najdalej od tego świata. Głuchnę z dnia na dzień, ślepnę, tracę smak i nie czuję już nic. Nie oddycham, tylko dławię się trucizną tych, mających się za Bogów. Chcę pływać, chcę tonąć, chcę być jak najdalej. Moje łzy stały się diamentami sprzedawanymi na rynku chciwców i potworów. Każą tańczyć mi przywiązując sznurki do rąk i nóg, narzucając jak.
Była człowiekiem i jak każdemu człowiekowi, chłód jej nie sprzyjał. Wiedziała jednak, że jest on dla niej najlepszy. Była jednak dzieckiem ciągniętym za rękę przez swoje niespełnione marzenia. Rodzicami stał się strach i nienawiść.
Kiedy w końcu całkiem oślepła, nazwano ją wiedźmą. Albowiem ślepotą widziała więcej niż oni wszyscy, ślepotą, którą nie mogła odrzucić od siebie obrazów niepotrzebnych w jej życiu. Nadal tańcząc tak jak pociągali za sznurki, tym razem z nienawiścią na twarzy. W końcu je przegryzła i uciekła gubiąc się w ludzkich celach, w ludzkich pragnieniach, pozbawiających jej swoich własnych. Muzyka w uszach wracała jednak smutna jak nigdy wcześniej.
Biegłam tak szybko jak się da, potykając i zdzierając kolana co chwilę. W stronę urwiska, z widokiem na zachodzące słońce koloru zbliżającej się krwi. Skoczyłam chcąc znów lecieć i być w chmurach, których nie chciano mi już dać.
Upadła łamiąc to co było porcelaną pod jej ratującym życie tytanem. Nie chciała wstawać ale wtedy tam na dole usłyszała tą muzykę, tą samą jakiej słuchała w swoim świecie. Podniosła się i szła w tamtą stronę krokiem tak niepewnym jak nigdy wcześniej. Struny, po których spływała krew i twarz zasłonięta niechęcią do życia. Ciało chciało znów wpaść w rytm tych nut i tańczyć, ale ona postanowiła stać i się tylko wpatrywać. Tańca sobie zakazała, już dawno. Jej taniec nie miał prawa istnieć bo potwory kaleczyły jej nogi podczas każdego przedstawienia.Podeszła bliżej i właśnie wtedy, każda struna rzucała w jej stroną coś, czego nikt wcześniej nie opisał. Zaczęła się cofać z przerażeniem w ślepych oczach, których nikt nie widział. Rozbijał jej tytanową maskę myśląc, że ma do tego prawo. Nie używając wcześniej słów potworów padając na ziemię teraz klęła jak opętana, nie chciała już nikogo widzieć tymi oczyma pod mleczną warstwą. Jej umysł momentalnie zaczął popełniać co raz więcej błędów niż wcześniej. Łzy już nie zamieniały się w diamenty, stały się takie jak kiedyś zlewając się ze szkarłatną krwią wypływającą z poranionych policzków przez tytan. Nie czuła jednak bólu. Wszystko oblewające jej ciało zamieniło się w srebrzysty proch, a ona siedziała na brudnej ziemi bez słowa. Strach z chwili na chwilę mijał i skupiła się już tylko na muzyce. Spuściła głowę i nie chciała tam patrzeć, bezpodstawnie obwiniając tą muzykę za wszystko. W swojej głowie nadal popełniając błędy.
Siedziała tak dni, tygodnie i miesiące, słuchając i okrywając się własnymi rękoma przed chłodnym wiatrem, który pod koniec zadecydował o wszystkim. Kiedy tylko raz uniosła twarz zasłoniętą włosami, wiatr rozwiał je i nakazał dryfować w powietrzu. Tamta twarz też już nie była zasłonięta tym całym złem. Muzyka przestała grać, a wcześniej spustoszałe spojrzenia nakierowały się na siebie wprawiając w strach oplatany fascynacją. Trwało to chwilę i było intymniejsze niż tak zwany przez zwykłych ludzi pocałunek. Oparła się ręką o brudną ziemię i podniosła na równe nogi idąc w tamtą stronę, niepewnie, nie mogąc się powstrzymać. A z każdym krokiem wyczytała więcej i czuła się co raz lepiej. Było ciemno, drogę oświetlało tylko chłodne światło księżyca. Nie zważała uwagę na to czy mokła i zasiadła koło niego opuszczając spojrzenie, teraz patrzyła przed siebie milcząc tak samo jak on.
A wtedy oparłam głowę o jego ramię mówiąc.
- Popełniam zbyt wiele błędów.-A wtedy on znów zaczął grać i momentalnie do nozdrzy dobił się zapach cudownej lawendy.
W mojej głowie nadal tańczę obijając się o tytan i tracąc kolejną i kolejną część. Pragnę latać skrzydłami, których już nie mam. Chcę zamknąć oczy i czytać wiersze wydarte z mojego serca. Odpłynąć łodzią na głęboki ocean aby topić się w nim, będąc jak najdalej od tego świata. Głuchnę z dnia na dzień, ślepnę, tracę smak i nie czuję już nic. Nie oddycham, tylko dławię się trucizną tych, mających się za Bogów. Chcę pływać, chcę tonąć, chcę być jak najdalej. Moje łzy stały się diamentami sprzedawanymi na rynku chciwców i potworów. Każą tańczyć mi przywiązując sznurki do rąk i nóg, narzucając jak.
Była człowiekiem i jak każdemu człowiekowi, chłód jej nie sprzyjał. Wiedziała jednak, że jest on dla niej najlepszy. Była jednak dzieckiem ciągniętym za rękę przez swoje niespełnione marzenia. Rodzicami stał się strach i nienawiść.
Kiedy w końcu całkiem oślepła, nazwano ją wiedźmą. Albowiem ślepotą widziała więcej niż oni wszyscy, ślepotą, którą nie mogła odrzucić od siebie obrazów niepotrzebnych w jej życiu. Nadal tańcząc tak jak pociągali za sznurki, tym razem z nienawiścią na twarzy. W końcu je przegryzła i uciekła gubiąc się w ludzkich celach, w ludzkich pragnieniach, pozbawiających jej swoich własnych. Muzyka w uszach wracała jednak smutna jak nigdy wcześniej.
Biegłam tak szybko jak się da, potykając i zdzierając kolana co chwilę. W stronę urwiska, z widokiem na zachodzące słońce koloru zbliżającej się krwi. Skoczyłam chcąc znów lecieć i być w chmurach, których nie chciano mi już dać.
Upadła łamiąc to co było porcelaną pod jej ratującym życie tytanem. Nie chciała wstawać ale wtedy tam na dole usłyszała tą muzykę, tą samą jakiej słuchała w swoim świecie. Podniosła się i szła w tamtą stronę krokiem tak niepewnym jak nigdy wcześniej. Struny, po których spływała krew i twarz zasłonięta niechęcią do życia. Ciało chciało znów wpaść w rytm tych nut i tańczyć, ale ona postanowiła stać i się tylko wpatrywać. Tańca sobie zakazała, już dawno. Jej taniec nie miał prawa istnieć bo potwory kaleczyły jej nogi podczas każdego przedstawienia.Podeszła bliżej i właśnie wtedy, każda struna rzucała w jej stroną coś, czego nikt wcześniej nie opisał. Zaczęła się cofać z przerażeniem w ślepych oczach, których nikt nie widział. Rozbijał jej tytanową maskę myśląc, że ma do tego prawo. Nie używając wcześniej słów potworów padając na ziemię teraz klęła jak opętana, nie chciała już nikogo widzieć tymi oczyma pod mleczną warstwą. Jej umysł momentalnie zaczął popełniać co raz więcej błędów niż wcześniej. Łzy już nie zamieniały się w diamenty, stały się takie jak kiedyś zlewając się ze szkarłatną krwią wypływającą z poranionych policzków przez tytan. Nie czuła jednak bólu. Wszystko oblewające jej ciało zamieniło się w srebrzysty proch, a ona siedziała na brudnej ziemi bez słowa. Strach z chwili na chwilę mijał i skupiła się już tylko na muzyce. Spuściła głowę i nie chciała tam patrzeć, bezpodstawnie obwiniając tą muzykę za wszystko. W swojej głowie nadal popełniając błędy.
Siedziała tak dni, tygodnie i miesiące, słuchając i okrywając się własnymi rękoma przed chłodnym wiatrem, który pod koniec zadecydował o wszystkim. Kiedy tylko raz uniosła twarz zasłoniętą włosami, wiatr rozwiał je i nakazał dryfować w powietrzu. Tamta twarz też już nie była zasłonięta tym całym złem. Muzyka przestała grać, a wcześniej spustoszałe spojrzenia nakierowały się na siebie wprawiając w strach oplatany fascynacją. Trwało to chwilę i było intymniejsze niż tak zwany przez zwykłych ludzi pocałunek. Oparła się ręką o brudną ziemię i podniosła na równe nogi idąc w tamtą stronę, niepewnie, nie mogąc się powstrzymać. A z każdym krokiem wyczytała więcej i czuła się co raz lepiej. Było ciemno, drogę oświetlało tylko chłodne światło księżyca. Nie zważała uwagę na to czy mokła i zasiadła koło niego opuszczając spojrzenie, teraz patrzyła przed siebie milcząc tak samo jak on.
A wtedy oparłam głowę o jego ramię mówiąc.
- Popełniam zbyt wiele błędów.-A wtedy on znów zaczął grać i momentalnie do nozdrzy dobił się zapach cudownej lawendy.
środa, 16 lipca 2014
Sibling
Wszedł do pomieszczenia skąpanego w mroku. Tylko gdzieniegdzie wyłaniały się przebłyski spowodowane światłem księżyca w pełnej okazałości. Chłodne jak lód miejsce, powstałe z ziarna czegoś gorszego niż samo piekło. Pozawieszane nagie ciała na hakach o kolorze chińskiej porcelany. Skapująca z nich krew zalewała całe podłoże wyłożone czarnym kamieniem - wyglądali jak świnie podczas rzezi. W pewnych miejscach porozstawiane zostały świecie, nie miały jednak prawa być zapalone i zakłócić ciemności tego miejsca. Gdyby tak się jednak stało, gdyby to pomieszczenie zostało zalane ciepłym światłem. Runęłoby, a razem z jego runięciem najgorsze zło jakie znały wszystkie światy, wyżarłoby każdą okoliczną wioskę. Ludzie się bali tego miejsca i mieli do tego powody. Mówili iż zamieszkała tam wiedźma, demon czy coś kompletnie skażonego i nie do zaakceptowania. Zamieszkała tam jednak kobieta piękniejsza od samej Lilith, która w pierwszych dniach swego istnienia zastąpiona została Ewą.
Zatrzymał się i klęknął na jednym kolanie spuszczając głowę.
- Wybacz Pani wizytę bez zapowiedzi.-Z mroku wyłoniła się trupio blada istota, o kosmykach długich i czarnych jak smoła, ślepych oczach i białej sukni wirującej w powietrzy, w którym się unosiła. Nie odezwała się ani słowem ale zbliżała się do mężczyzny schowanego w szacie.- Przysyła mnie Uriel.
Zstąpiła na ziemię i podeszła do niego wyglądając jakby płynęła na dnie ciemnego oceanu. Palcem z długim szponem uniosła podbródek posłańca spoglądając mu w złociste oczy.
Ręka mu się trzęsła, a irytacja oraz zdenerwowanie wzrastało. Nie umiał na niczym skupić wzroku, latał on gdzie popadnie. Był w sytuacji najgorszej, której nigdy by nie przewidział. Był zdesperowany, na tyle, że poświęciłby chyba wszystko.
- Panie, jakie są twe rozkazy?
- Gdzie jest Angra.-Hades bał się odpowiedzieć, jednak wiedział, że taka jest jego powinność.
- Nie wiem Panie, zniknął.-Uriel ze zdenerwowania strącił wszystko z biurka i warknął na Hadesa.
- Gdzie do kurwy nędzy jest Angra?! Gdzie do diabła jest Valery Erasus?!-W jego oczach było w tym momencie tyle nienawiści, że Hades nie był w stanie w nie patrzeć. Czuł jak ręka zaczęła mu się trząść i wzbudziła się w nim chęć odejścia jak najdalej od swojego władcy.
- Nie wiem Panie...
- To się kurwa dowiedz!-Złapał się za białe kosmyki i nie wiedział już co wymyślić. Byli w krytycznej sytuacji. Nathanel zwerbował wojska, o których świat już zapomniał. Jedno z dwóch wojsk, które były w stanie zgładzić całe uniwersum. To już nie była bitwa dwóch sprzecznych sobie przywódców. To miała być egzekucja. Uriel zgromadził najpotężniejsze istoty, o których zdołał się dowiedzieć. Noel'a, Azayę, Venoma, Otepha, Vervila, Nevila i co najważniejsze Erasus'a - tak zwanego Angrą. Tym istotą nie mógł dorównać nikt z wojsk Nathanela, więc przez dłuższy czas Uriel był spokojny. Tym razem posunięcie wroga przewyższyło jego wyobraźnię i jej najgorsze scenariusze.
Momentalnie spojrzał się w stronę okna nie wierząc, że taki wątek przejdzie mu przez myśl. Ostatnia deska ratunkowa, która byłaby w stanie coś zdziałać. Wiedział jednak, że będzie się brudził prawdziwym ziarnem zła. Spojrzał w stronę Uriela, którym nie spoglądał jeszcze nigdy.
- Panie...-Hades od razu zrozumiał. W końcu chodziło o wojnę z wojskiem miażdżącym wszystkich dookoła za pstryknięciem palca.
- To jedyne wyjście. Nie zostało mi nic innego.
- Ale Panie...
- Zapierdalaj tam...-Rozkazał, ale Hades pomimo słów Uriela nie wiedział do końca co zrobić.- JUŻ!-Warknął tonem, który mógłby zburzyć ściany całego budynku. Hades już nie czekał, zniknął za drzwiami komnaty swego białego Pana.
Bał spoglądać się w te jej mleczne ślepia, pomimo iż nic po przez nie nie widziała. Taka kaleka istota, obmywająca się w tak wielkim respekcie całego świata poza ziemskiego.
- A więc drogi Hadesie, czego pragnie mój brat?-Wargi Hadesa wpierw się trzęsły, potem jednak wymówił twardym tonem.
- Wojny, wojny z batalionem bezimiennego.-Wpadła w gorzki śmiech.
- Oh mój kochany Hadesie.-Ten jej melodyjny głos wwiercający się w umysł. Ta jej chłodna dłoń, którą ułożyła na jego policzku. Prawie taka sama jak Uriela, jednak sam jej dotyk sprawiał, że czuło się przytłoczonym. To było jak dotyk Angry, tylko paskudniejszy, o wiele paskudniejszy.- Czyli mój brat chce wojny z batalionem mojego kochanego bezimiennego.-Powoli odsuwała rękę nacinając pazurem jego policzek.
- Tak Pani.-Nawet nie skrzywił się z bólu, bał się dawać jakichkolwiek oznak słabości. Słabości, które były przynależne ofiarą. Ta piękna kobieta to bestia, zabiłaby go. Siostra samego Uriela, rozsądnego i dobrego władcy z idealnym światem. Jego idealnego Pana. Raz, tylko jeden jedyny raz usłyszał wzmiankę o tym, że to rodzeństwo jest do siebie bardziej podobne niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tylko jakim cudem jego Pan, dbający o swój lód, mógłby być taką bestią.
- Czemu więc sam nie stanie do bitwy?
- Pani, to batalion, który nie toczy wojny, tylko egzekucję.-Przez chwilę chciał się unieść, ale przed wypowiedzią porządnie ugryzł się w język. Lepiej takie ugryzienie, niż stracenie go aby dołączył do kolekcji innych, którymi się żywiła.
- Co z tego drogi Hadesie? Czyżbyś nie znał swojego pana?-Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Po dłuższym braku odpowiedzi zrozumiała jak bardzo jej brat się zatuszował, w tym jego idealnym świecie.- Przekaż memu bratu, że będzie miał wojnę taką, jakiej zawsze pragnął. Znów zaczęła się śmiać, a wszędzie dookoła rozniosły się szepty zabitych tutaj ofiar.
Zatrzymał się i klęknął na jednym kolanie spuszczając głowę.
- Wybacz Pani wizytę bez zapowiedzi.-Z mroku wyłoniła się trupio blada istota, o kosmykach długich i czarnych jak smoła, ślepych oczach i białej sukni wirującej w powietrzy, w którym się unosiła. Nie odezwała się ani słowem ale zbliżała się do mężczyzny schowanego w szacie.- Przysyła mnie Uriel.
Zstąpiła na ziemię i podeszła do niego wyglądając jakby płynęła na dnie ciemnego oceanu. Palcem z długim szponem uniosła podbródek posłańca spoglądając mu w złociste oczy.
Ręka mu się trzęsła, a irytacja oraz zdenerwowanie wzrastało. Nie umiał na niczym skupić wzroku, latał on gdzie popadnie. Był w sytuacji najgorszej, której nigdy by nie przewidział. Był zdesperowany, na tyle, że poświęciłby chyba wszystko.
- Panie, jakie są twe rozkazy?
- Gdzie jest Angra.-Hades bał się odpowiedzieć, jednak wiedział, że taka jest jego powinność.
- Nie wiem Panie, zniknął.-Uriel ze zdenerwowania strącił wszystko z biurka i warknął na Hadesa.
- Gdzie do kurwy nędzy jest Angra?! Gdzie do diabła jest Valery Erasus?!-W jego oczach było w tym momencie tyle nienawiści, że Hades nie był w stanie w nie patrzeć. Czuł jak ręka zaczęła mu się trząść i wzbudziła się w nim chęć odejścia jak najdalej od swojego władcy.
- Nie wiem Panie...
- To się kurwa dowiedz!-Złapał się za białe kosmyki i nie wiedział już co wymyślić. Byli w krytycznej sytuacji. Nathanel zwerbował wojska, o których świat już zapomniał. Jedno z dwóch wojsk, które były w stanie zgładzić całe uniwersum. To już nie była bitwa dwóch sprzecznych sobie przywódców. To miała być egzekucja. Uriel zgromadził najpotężniejsze istoty, o których zdołał się dowiedzieć. Noel'a, Azayę, Venoma, Otepha, Vervila, Nevila i co najważniejsze Erasus'a - tak zwanego Angrą. Tym istotą nie mógł dorównać nikt z wojsk Nathanela, więc przez dłuższy czas Uriel był spokojny. Tym razem posunięcie wroga przewyższyło jego wyobraźnię i jej najgorsze scenariusze.
Momentalnie spojrzał się w stronę okna nie wierząc, że taki wątek przejdzie mu przez myśl. Ostatnia deska ratunkowa, która byłaby w stanie coś zdziałać. Wiedział jednak, że będzie się brudził prawdziwym ziarnem zła. Spojrzał w stronę Uriela, którym nie spoglądał jeszcze nigdy.
- Panie...-Hades od razu zrozumiał. W końcu chodziło o wojnę z wojskiem miażdżącym wszystkich dookoła za pstryknięciem palca.
- To jedyne wyjście. Nie zostało mi nic innego.
- Ale Panie...
- Zapierdalaj tam...-Rozkazał, ale Hades pomimo słów Uriela nie wiedział do końca co zrobić.- JUŻ!-Warknął tonem, który mógłby zburzyć ściany całego budynku. Hades już nie czekał, zniknął za drzwiami komnaty swego białego Pana.
Bał spoglądać się w te jej mleczne ślepia, pomimo iż nic po przez nie nie widziała. Taka kaleka istota, obmywająca się w tak wielkim respekcie całego świata poza ziemskiego.
- A więc drogi Hadesie, czego pragnie mój brat?-Wargi Hadesa wpierw się trzęsły, potem jednak wymówił twardym tonem.
- Wojny, wojny z batalionem bezimiennego.-Wpadła w gorzki śmiech.
- Oh mój kochany Hadesie.-Ten jej melodyjny głos wwiercający się w umysł. Ta jej chłodna dłoń, którą ułożyła na jego policzku. Prawie taka sama jak Uriela, jednak sam jej dotyk sprawiał, że czuło się przytłoczonym. To było jak dotyk Angry, tylko paskudniejszy, o wiele paskudniejszy.- Czyli mój brat chce wojny z batalionem mojego kochanego bezimiennego.-Powoli odsuwała rękę nacinając pazurem jego policzek.
- Tak Pani.-Nawet nie skrzywił się z bólu, bał się dawać jakichkolwiek oznak słabości. Słabości, które były przynależne ofiarą. Ta piękna kobieta to bestia, zabiłaby go. Siostra samego Uriela, rozsądnego i dobrego władcy z idealnym światem. Jego idealnego Pana. Raz, tylko jeden jedyny raz usłyszał wzmiankę o tym, że to rodzeństwo jest do siebie bardziej podobne niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tylko jakim cudem jego Pan, dbający o swój lód, mógłby być taką bestią.
- Czemu więc sam nie stanie do bitwy?
- Pani, to batalion, który nie toczy wojny, tylko egzekucję.-Przez chwilę chciał się unieść, ale przed wypowiedzią porządnie ugryzł się w język. Lepiej takie ugryzienie, niż stracenie go aby dołączył do kolekcji innych, którymi się żywiła.
- Co z tego drogi Hadesie? Czyżbyś nie znał swojego pana?-Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Po dłuższym braku odpowiedzi zrozumiała jak bardzo jej brat się zatuszował, w tym jego idealnym świecie.- Przekaż memu bratu, że będzie miał wojnę taką, jakiej zawsze pragnął. Znów zaczęła się śmiać, a wszędzie dookoła rozniosły się szepty zabitych tutaj ofiar.
niedziela, 13 lipca 2014
Odłamek zamku kłamstw.
Budząc się każdego poranka oczy parzy słońce, umysł pragnie deszczu a słuch ciszy. Dotyk nie pragnie już niczego wiedząc, że przyjemność została już czymś nikłym. Ciało nie zostało obmyte z trucizny, usta czują jak ta purpurowa ciecz między nie wpływa. Zbudowany świat, został zbudowany tylko po to aby być zburzonym. Złoty kolor oczu jak pierścień wciąż całowany, lorda, który oszukiwał - zalane pustką na wieki.
Dusza zaprzedana, za czysty umysł, w cieniu przesuwa się za rozsądkiem blaknąc z każdą chwilą. Bezpowrotna i pełna nadziei, której ciało już nie chce.
Za rękę idąc i żyjąc odpowiedzialnie bez szczęścia, patrząc nie na szczęście ale spokój w oddali. Wszystko zostało zbudowane aby zostać zburzonym. A na szczycie szklanej budowli lustro z odbiciem ukazującym całą prawdę. Wszystkie maski zamienione w proch, ale pod nimi nie kryje się już nic. Universum, a zarazem jego koniec. Spojrzenie, które żyło, matowe i martwe. Staje się tylko częścią.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Wpadam do rzeki lśniąc w niej i tracąc z każdym uderzeniem skały pewną część. Z wodospadu wybija się pył podobny do skruszonych diamentów. On tam stoi odziany w czerni, kosmykami wilgotne od wody smolistego koloru, a spojrzenie przejrzyste i pozbawione dobra. Kaleczący proch przez niego przechodzi i znów zamienia się w istotę obdartą ze wszystkich marzeń. Za nim jego świat spowity w czerni i szkarłacie, piekło będące niebem.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Ale czarny rycerz łapie mnie za rękę zabierając do świata, który sprawia iż spływa po mnie czerń.
Wirując w przestrzeni między po za czasem, nie liczy się z odpowiedzialnością w życiu bez szczęścia. Unosząc ręce ku górze, dając obmyć się z trucizny. Otula się w bieli, wyciągając pokruszone serce na tacy. Pokutując, a potem gardząc łaską. Oszukując nawet samego Boga i wracając za rękę z czarnym rycerzem do zamku brutalnej prawdy. Stając się bezlitosnym, obojętnym, potężnym.
Teraz chowam odłamek zamku kłamstw w srebrnej szkatułce, wsuwając ją pod szpony bestii pozbawionej oczu. Wspomnienia stały się niczym, zniknęły aby żyć w umysłach innych.
Dusza zaprzedana, za czysty umysł, w cieniu przesuwa się za rozsądkiem blaknąc z każdą chwilą. Bezpowrotna i pełna nadziei, której ciało już nie chce.
Za rękę idąc i żyjąc odpowiedzialnie bez szczęścia, patrząc nie na szczęście ale spokój w oddali. Wszystko zostało zbudowane aby zostać zburzonym. A na szczycie szklanej budowli lustro z odbiciem ukazującym całą prawdę. Wszystkie maski zamienione w proch, ale pod nimi nie kryje się już nic. Universum, a zarazem jego koniec. Spojrzenie, które żyło, matowe i martwe. Staje się tylko częścią.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Wpadam do rzeki lśniąc w niej i tracąc z każdym uderzeniem skały pewną część. Z wodospadu wybija się pył podobny do skruszonych diamentów. On tam stoi odziany w czerni, kosmykami wilgotne od wody smolistego koloru, a spojrzenie przejrzyste i pozbawione dobra. Kaleczący proch przez niego przechodzi i znów zamienia się w istotę obdartą ze wszystkich marzeń. Za nim jego świat spowity w czerni i szkarłacie, piekło będące niebem.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Ale czarny rycerz łapie mnie za rękę zabierając do świata, który sprawia iż spływa po mnie czerń.
Wirując w przestrzeni między po za czasem, nie liczy się z odpowiedzialnością w życiu bez szczęścia. Unosząc ręce ku górze, dając obmyć się z trucizny. Otula się w bieli, wyciągając pokruszone serce na tacy. Pokutując, a potem gardząc łaską. Oszukując nawet samego Boga i wracając za rękę z czarnym rycerzem do zamku brutalnej prawdy. Stając się bezlitosnym, obojętnym, potężnym.
Teraz chowam odłamek zamku kłamstw w srebrnej szkatułce, wsuwając ją pod szpony bestii pozbawionej oczu. Wspomnienia stały się niczym, zniknęły aby żyć w umysłach innych.
piątek, 11 lipca 2014
Darkness
Otworzyła oczy widząc ciemność, leżąc w łóżku i nie mając siły nawet na podniesienie ręki. Ostatni tydzień stał się wyczerpujący, coś złego wpełzało do jej umysłu i wysysało życie. Pomimo wszystko była do tego przyzwyczajona, to nie był pierwszy raz. Już od kilku lat nie mogła spać w nocy, kłamała wobec swojego stanu psychicznego, sztucznie się uśmiechnęła i każdego poranka chciała uciec w przestworza. Chwilami już nie czuła, że była sobą, nie była pewna swojej obecności, rzeczywistości i ludzi dookoła niej. Nerwy zasłaniała papierosami i alkoholem, smutek topiła w nocnych spacerach po lasach. Jej zmęczenie z czasem pragnęło aby zamilkła, nie odzywała się do ludzi i nie zwracała na nich uwagi. Chciała się zamknąć w świecie, w którym otulałaby ją samotność. Pragnęła powrotu tych dwóch, tego złego i tego dobrego, którzy żyli tylko w jej umyśle. W umyśle, a jednak czasem miała wrażenie, że są oni bardziej realni niż wszyscy dookoła. Osoby, który się o tym dowiedziały mówiły, że jest to smutne, po przez to chciały powiedzieć jaka dziwna była jej osoba. Jaka dziecinna i nie rozsądna. Nie żyjąca w świecie, nie będąca odpowiedzialną. Osoby, które nie znały nawet skrawka jej życia, oceniały je i karciły za każde nawet małe potknięcie. Ona po tym tylko tonęła, w swoich myślach w bezsilności. Wolała wszystkich tracić niż starać się aby znów być odtrąconą i nie zrozumianą. Zrozumienie, to było coś co mijało z wiatrem, słowa pana kłamstw.
Spróbowała się podnieść przez co jej ciało zaczęło drżeć. Nie było zimno jednak na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Usta sinego koloru, ciemne sińce pod oczami, zaczerwienione oczy. Bezsenność sprawiała, że była co raz wstrętniejsza i odpychająca dla innych. Nie dbała o to, już nie umiała. Kiedyś chciała być idealna dla każdego, chciała być na tyle dostojna aby każdy doceniał jej zewnętrzną stronę. Od dłuższego czasu przestało jej na tym zależeć. Zdanie ludzi było mylne ich pomoc bezużyteczna, a ciepło stało się zimne jak bryła lodu. Czemu więc miała się dla nich starać? Nikt jej nie rozumiał, mówili, że rozumieją ale w prawdzie nawet się nie starali. Kiedyś pragnęła pomocy, będąc osobą cichą wewnątrz siebie wydzierała się pod wpływem agonii. Czuła, że wewnątrz umierała. Z miesiąca na miesiąc ludzkie odruchy stały się jej obce, odrzucające i przerażające. Oschłość i empatia stały się priorytetem. Nie umiała nic zaoferować ludźmi, nie umiała współczuć im kiedy cierpieli. Życie z czasem zrobiło z niej bezdusznego potwora. Czasem mówiła sama sobie, że zaprzedała duszę dla czystego umysłu i tej decyzji nigdy nie pożałowała. Były czasy, w których umiała się poświęcić. Odstawiała swoje ambicje na trzecią półkę, a problemy innych stały się najważniejsze. Szkoda tylko, że za każdym razem kiedy wszystko zostało naprawione, ona została porzucana. Poniżono ją nie raz, znieważono i tak jak wcześniej było wspomniane, wytykana za każde potknięcie. Dzisiaj pragnęła tylko osiągać swoje postanowione cele, które do dnia obecnego jeszcze nie przeminęły. Chciała stać się wyższością, stać się kimś kto na resztę może spojrzeć z góry pogardliwym wzrokiem. Bez słowa, bez zainteresowania.
Poszła w stronę kuchni szukając paczki papierosów, które jak zwykle się zagubiły. Wpierw znalazła zapalniczkę nerwowo co chwilę ją odpalając. Potem nareszcie znalazła papierosy. Wsunęła jednego między wargi i odpaliła zaciągając się tak mocno jak tylko mogła. W ten oto sposób mogła zapewnić sobie helikopter, którego potrzebowała. Schyliła się do szafki pod zlewem i wyciągnęła brandy, która jej została. Nie trudziła się ze znalezieniem jakiejś szklanki. Odkręciła butelkę i od razu zaczęła z niej pić. Była trochę zirytowana, że pieniądze, które zyskała na ciężkiej pracy co raz częściej szły na alkohol. Jej słaba głowa to tego stała się mocna i żeby się upić potrzebowała co najmniej czterdziestu procentowego litra.
Za swoimi plecami poczuła dość chłodną obecność, zignorowała. Wiedziała co to, wiedziała, że to halucynacje, które z każdym kolejnym dniem stawały się co raz bardziej potworne. Jednak zmagając się z tym tyle czasu, jak mogła się do tego nie przyzwyczaić?
Pociągnęła nosem czując jak wypływa z niego krew, wytarła się ręką i zachwiała. Powinna więcej jeść ale każdy kęs czegokolwiek stawał jej w przełyku. Nigdy nie umiała wymiotować a teraz robiła to co raz częściej. W zaciszu, czasem nawet spała pod kiblem. Traciła każdą siłę.
Zalecenia lekarskie zabraniają rozmawiać z halucynacjami, przestała tego przestrzegać.
- Gdzie jest reszta?-Nie usłyszała odpowiedzi.- Rozumiem, że zrobili sobie lekką przerwę. Każdy w końcu musi, nieprawdaż?-Westchnęła i zasiadła na sofie. Piła dalej i wypalała papierosa do końca.- Szkoda, że nie palisz, chętnie bym cię poczęstowała. Jak widzisz, że jestem aż taką egoistką.-Przewróciła oczami.- Eh, przez te bóle głowy mam ochotę znowu zapełnić sobie czas oglądaniem gore. Mam nadzieję, że się przysiądziesz, a ja poszukam czegoś dobrego. Nie obiecuję jednak za dużo, ludzie są tak mętni, że nie potrafią wyprodukować czegoś na tyle ambitnego abym mogła to uznać za dobre. Nalała brandy do stojącej szklanki na szklanym stoliku. Uniosła ją i wręczyła do ręki swojej zwidzie. Szklanka upadła, rozsypała się na kawałki a ona z beznamiętnym wyrazem twarzy przeszła po tych drobinkach.-Sierota z ciebie, zmarnowałam tylko alkohol.
Po jakimś czasie włączyła horror w połowie mając ochotę na nim zasnąć. Organizm pragnął snu jednak powieki nie mogły się zamknąć. Skończył się w nudny sposób, jak każdy inny. Podłączyła pendrive do telewizora i włączyła muzykę z Dead Silence. To jedyna kołysanka, przy której chciało jej się tańczyć. Było przyjemnie, do czasu aż jej spokój zakłóciło pukanie do drzwi. Spojrzała w ich kierunku i głęboko się zastanowiła czy powinna otwierać. Czy jej się chce i czy to nie ktoś na kogo kompletnie nie miała ochoty. W końcu jednak zdecydowała się aby otworzyć. Zeszła po schodach i przekręciła zamek drzwi wpuszczając do środka nikogo innego jak samego Eliasa. Starszy o piętnaście lat od niej mężczyzna, z którym nie raz się przespała. Nie czuła do niego jednak nic, co nie zmieniało faktu, że był jej potrzebny.
- Tak jak chciałaś, do ręki.-Wyciągnął w jej kierunku pięć tysięcy, które zarobiła w przeciągu tygodnia.-Ładnie zaczęłaś zarabiać.
- Mhm.-Zabrała to co swoje i poszła na górę nie dbając o to co zrobi mężczyzna. On postanowił zamknąć drzwi i udać się za nią. Czy to nieco natrętne? Chyba, no ale trudno.
Nagle zadał jej pytanie, którego nienawidziła.
- Bierzesz leki? Słabo wyglądasz?
- A co ci do tego?
- Jak mamy razem pracować to raczej powinienem się upewniać, że o siebie dbasz.-Poszła do kuchni wyciągnęła fiolkę z tabletkami. Wyciągnęła cztery, czyli tyle powinna i na jego oczach je połknęła.- No i dobrze.-Usiadł na sofie i westchnął widząc butelkę alkoholu.- Ile razy powtarzałem ci abyś nie mieszała alkoholu z lekami?
- Daj mi spokój.-Odparła w oschły sposób. Przysiadła się niedaleko niego, wzrok skupiając jednak na postaci, która istniała tylko w jej głowie.
- Dostałaś nowe zlecenie. Tym razem większe niż nawet to ostatnie. Facet, który tego zapragnął jest przy kasie i z niewiadomych przyczyn ma fisia na twoim punkcie.
- Czego dokładniej chce?-Spojrzała na niego ukradkiem swoim zielonym wzrokiem.
- Konceptów do gry, którą tworzą jego pachoły. Zapoznał się z twoim stylem a gra ma być gatunku gore. Nie znalazł nikogo innego kto mógłby tak kontrowersyjnie podchodzić do tego tematu.
- A zapłata?
- Jeszcze o tym z nim konkretnie nie gadałem ale burknął coś na temat dziesiątki.
- Tysiąca?-Nieco się zdziwiła.- Widocznie naprawdę nie ma co robić z pieniędzmi.
- Ano racja. Masz jednak tylko tydzień, cztery projekty wstępnie. Powiedział, że jeżeli zdadzą egzamin to osobiście chce porozmawiać z tobą na temat dalszej współpracy.-Złapała za butelkę i trochę upiła.
- Wiesz doskonale...
- Że nie lubisz się osobiście spotykać z klientami, tak wiem. Powtarzasz to na okrągło.
- Bo idiotycznie napierasz.-Przewróciła oczami.
- Zrobisz jak chcesz ale powiem ci tylko tyle, że dziesięć tysięcy nie chodzi piechotą.-Wariat - pomyślała o nowym kliencie.- Nigdy jeszcze tyle ci nie zapłacono.
- A jednak musiał być ten pierwszy raz.
Przez chwilę trwali w ciszy, kiedy to on się zaśmiał a ona zapytała.
- Gdzie twoja słodziuchna żonka?
- Pojechała z dziewczynkami do matki, chciała zrobić sobie wolne od jak to ona powiedziała ''uciążliwej pracy''
- Malowania paznokci i ignorowania telefonów od klientów?
- Dokładnie.-Jakie to bezsensowne, że niektórzy muszą harować nocami i dniami aby wzbić się na szczyt. Natomiast niektórzy poświecą pizdą i mają wszystko czego pragną.
- Biedna.
- Co masz na myśli?
- Kochająca, troskliwa pomimo wszystko. Matka twoich kochających ją dzieci, a ty ją tak kłamiesz.-Zakpiła.
- Źle ci z tym.-Nie odpowiedziała chcąc dać mu do zrozumienia, że raczej ją to nie interesuje. On się nagle przysunął i silną ręką złapał jej brodę. Nie był delikatny, nigdy nie był. Jednak ona nigdy nie oczekiwała tego aby traktował ją jak pierdoloną księżniczkę.- Swoją drogą dawno cię nie przerżnąłem.-Powiedział to tak bezpośrednio i tak władczo aby mogła poczuć tą jego przewagę. Ona nie miała sił, on był natomiast dobrze zbudowanym jak na swój wiek i silnym mężczyzną.
- Zostaw mnie, nie chcę.-Zaprotestowała na samą myśl o seksie czując, że robi jej się mdło.
- Zgadnij jak bardzo mnie to interesuje.-Nie czekał dłużej, złapał ją mocno za włosy i zaczął się dobierać. Chciała przez chwilę zaprotestować ale wiedziała, że jest to bezsensowne. On zrobił swoje, tak jak chciał. Zaspokoił się i dostał to czego od swojej dupy nie dostawał.
Zaczęła się ubierać i dość szybko dokończyła butelkę brandy. Zrobiło się jej niedobrze jednak powstrzymała wymioty przełykając je z powrotem.- Czemu marudzisz. Każdy facet cię zostawił i aktualnie nie masz nikogo do wyluzowania się, aż tak ci źle?-Zapytał cynicznie. Zignorowała go, złapała butelkę i papierosy, a potem wyszła na balkon. Złapała się za włosy i usiadła pod ścianą. Nie czuła się poniżona, ale zmęczona takimi sytuacjami i nadal było jej niedobrze.
Spróbowała się podnieść przez co jej ciało zaczęło drżeć. Nie było zimno jednak na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Usta sinego koloru, ciemne sińce pod oczami, zaczerwienione oczy. Bezsenność sprawiała, że była co raz wstrętniejsza i odpychająca dla innych. Nie dbała o to, już nie umiała. Kiedyś chciała być idealna dla każdego, chciała być na tyle dostojna aby każdy doceniał jej zewnętrzną stronę. Od dłuższego czasu przestało jej na tym zależeć. Zdanie ludzi było mylne ich pomoc bezużyteczna, a ciepło stało się zimne jak bryła lodu. Czemu więc miała się dla nich starać? Nikt jej nie rozumiał, mówili, że rozumieją ale w prawdzie nawet się nie starali. Kiedyś pragnęła pomocy, będąc osobą cichą wewnątrz siebie wydzierała się pod wpływem agonii. Czuła, że wewnątrz umierała. Z miesiąca na miesiąc ludzkie odruchy stały się jej obce, odrzucające i przerażające. Oschłość i empatia stały się priorytetem. Nie umiała nic zaoferować ludźmi, nie umiała współczuć im kiedy cierpieli. Życie z czasem zrobiło z niej bezdusznego potwora. Czasem mówiła sama sobie, że zaprzedała duszę dla czystego umysłu i tej decyzji nigdy nie pożałowała. Były czasy, w których umiała się poświęcić. Odstawiała swoje ambicje na trzecią półkę, a problemy innych stały się najważniejsze. Szkoda tylko, że za każdym razem kiedy wszystko zostało naprawione, ona została porzucana. Poniżono ją nie raz, znieważono i tak jak wcześniej było wspomniane, wytykana za każde potknięcie. Dzisiaj pragnęła tylko osiągać swoje postanowione cele, które do dnia obecnego jeszcze nie przeminęły. Chciała stać się wyższością, stać się kimś kto na resztę może spojrzeć z góry pogardliwym wzrokiem. Bez słowa, bez zainteresowania.
Poszła w stronę kuchni szukając paczki papierosów, które jak zwykle się zagubiły. Wpierw znalazła zapalniczkę nerwowo co chwilę ją odpalając. Potem nareszcie znalazła papierosy. Wsunęła jednego między wargi i odpaliła zaciągając się tak mocno jak tylko mogła. W ten oto sposób mogła zapewnić sobie helikopter, którego potrzebowała. Schyliła się do szafki pod zlewem i wyciągnęła brandy, która jej została. Nie trudziła się ze znalezieniem jakiejś szklanki. Odkręciła butelkę i od razu zaczęła z niej pić. Była trochę zirytowana, że pieniądze, które zyskała na ciężkiej pracy co raz częściej szły na alkohol. Jej słaba głowa to tego stała się mocna i żeby się upić potrzebowała co najmniej czterdziestu procentowego litra.
Za swoimi plecami poczuła dość chłodną obecność, zignorowała. Wiedziała co to, wiedziała, że to halucynacje, które z każdym kolejnym dniem stawały się co raz bardziej potworne. Jednak zmagając się z tym tyle czasu, jak mogła się do tego nie przyzwyczaić?
Pociągnęła nosem czując jak wypływa z niego krew, wytarła się ręką i zachwiała. Powinna więcej jeść ale każdy kęs czegokolwiek stawał jej w przełyku. Nigdy nie umiała wymiotować a teraz robiła to co raz częściej. W zaciszu, czasem nawet spała pod kiblem. Traciła każdą siłę.
Zalecenia lekarskie zabraniają rozmawiać z halucynacjami, przestała tego przestrzegać.
- Gdzie jest reszta?-Nie usłyszała odpowiedzi.- Rozumiem, że zrobili sobie lekką przerwę. Każdy w końcu musi, nieprawdaż?-Westchnęła i zasiadła na sofie. Piła dalej i wypalała papierosa do końca.- Szkoda, że nie palisz, chętnie bym cię poczęstowała. Jak widzisz, że jestem aż taką egoistką.-Przewróciła oczami.- Eh, przez te bóle głowy mam ochotę znowu zapełnić sobie czas oglądaniem gore. Mam nadzieję, że się przysiądziesz, a ja poszukam czegoś dobrego. Nie obiecuję jednak za dużo, ludzie są tak mętni, że nie potrafią wyprodukować czegoś na tyle ambitnego abym mogła to uznać za dobre. Nalała brandy do stojącej szklanki na szklanym stoliku. Uniosła ją i wręczyła do ręki swojej zwidzie. Szklanka upadła, rozsypała się na kawałki a ona z beznamiętnym wyrazem twarzy przeszła po tych drobinkach.-Sierota z ciebie, zmarnowałam tylko alkohol.
Po jakimś czasie włączyła horror w połowie mając ochotę na nim zasnąć. Organizm pragnął snu jednak powieki nie mogły się zamknąć. Skończył się w nudny sposób, jak każdy inny. Podłączyła pendrive do telewizora i włączyła muzykę z Dead Silence. To jedyna kołysanka, przy której chciało jej się tańczyć. Było przyjemnie, do czasu aż jej spokój zakłóciło pukanie do drzwi. Spojrzała w ich kierunku i głęboko się zastanowiła czy powinna otwierać. Czy jej się chce i czy to nie ktoś na kogo kompletnie nie miała ochoty. W końcu jednak zdecydowała się aby otworzyć. Zeszła po schodach i przekręciła zamek drzwi wpuszczając do środka nikogo innego jak samego Eliasa. Starszy o piętnaście lat od niej mężczyzna, z którym nie raz się przespała. Nie czuła do niego jednak nic, co nie zmieniało faktu, że był jej potrzebny.
- Tak jak chciałaś, do ręki.-Wyciągnął w jej kierunku pięć tysięcy, które zarobiła w przeciągu tygodnia.-Ładnie zaczęłaś zarabiać.
- Mhm.-Zabrała to co swoje i poszła na górę nie dbając o to co zrobi mężczyzna. On postanowił zamknąć drzwi i udać się za nią. Czy to nieco natrętne? Chyba, no ale trudno.
Nagle zadał jej pytanie, którego nienawidziła.
- Bierzesz leki? Słabo wyglądasz?
- A co ci do tego?
- Jak mamy razem pracować to raczej powinienem się upewniać, że o siebie dbasz.-Poszła do kuchni wyciągnęła fiolkę z tabletkami. Wyciągnęła cztery, czyli tyle powinna i na jego oczach je połknęła.- No i dobrze.-Usiadł na sofie i westchnął widząc butelkę alkoholu.- Ile razy powtarzałem ci abyś nie mieszała alkoholu z lekami?
- Daj mi spokój.-Odparła w oschły sposób. Przysiadła się niedaleko niego, wzrok skupiając jednak na postaci, która istniała tylko w jej głowie.
- Dostałaś nowe zlecenie. Tym razem większe niż nawet to ostatnie. Facet, który tego zapragnął jest przy kasie i z niewiadomych przyczyn ma fisia na twoim punkcie.
- Czego dokładniej chce?-Spojrzała na niego ukradkiem swoim zielonym wzrokiem.
- Konceptów do gry, którą tworzą jego pachoły. Zapoznał się z twoim stylem a gra ma być gatunku gore. Nie znalazł nikogo innego kto mógłby tak kontrowersyjnie podchodzić do tego tematu.
- A zapłata?
- Jeszcze o tym z nim konkretnie nie gadałem ale burknął coś na temat dziesiątki.
- Tysiąca?-Nieco się zdziwiła.- Widocznie naprawdę nie ma co robić z pieniędzmi.
- Ano racja. Masz jednak tylko tydzień, cztery projekty wstępnie. Powiedział, że jeżeli zdadzą egzamin to osobiście chce porozmawiać z tobą na temat dalszej współpracy.-Złapała za butelkę i trochę upiła.
- Wiesz doskonale...
- Że nie lubisz się osobiście spotykać z klientami, tak wiem. Powtarzasz to na okrągło.
- Bo idiotycznie napierasz.-Przewróciła oczami.
- Zrobisz jak chcesz ale powiem ci tylko tyle, że dziesięć tysięcy nie chodzi piechotą.-Wariat - pomyślała o nowym kliencie.- Nigdy jeszcze tyle ci nie zapłacono.
- A jednak musiał być ten pierwszy raz.
Przez chwilę trwali w ciszy, kiedy to on się zaśmiał a ona zapytała.
- Gdzie twoja słodziuchna żonka?
- Pojechała z dziewczynkami do matki, chciała zrobić sobie wolne od jak to ona powiedziała ''uciążliwej pracy''
- Malowania paznokci i ignorowania telefonów od klientów?
- Dokładnie.-Jakie to bezsensowne, że niektórzy muszą harować nocami i dniami aby wzbić się na szczyt. Natomiast niektórzy poświecą pizdą i mają wszystko czego pragną.
- Biedna.
- Co masz na myśli?
- Kochająca, troskliwa pomimo wszystko. Matka twoich kochających ją dzieci, a ty ją tak kłamiesz.-Zakpiła.
- Źle ci z tym.-Nie odpowiedziała chcąc dać mu do zrozumienia, że raczej ją to nie interesuje. On się nagle przysunął i silną ręką złapał jej brodę. Nie był delikatny, nigdy nie był. Jednak ona nigdy nie oczekiwała tego aby traktował ją jak pierdoloną księżniczkę.- Swoją drogą dawno cię nie przerżnąłem.-Powiedział to tak bezpośrednio i tak władczo aby mogła poczuć tą jego przewagę. Ona nie miała sił, on był natomiast dobrze zbudowanym jak na swój wiek i silnym mężczyzną.
- Zostaw mnie, nie chcę.-Zaprotestowała na samą myśl o seksie czując, że robi jej się mdło.
- Zgadnij jak bardzo mnie to interesuje.-Nie czekał dłużej, złapał ją mocno za włosy i zaczął się dobierać. Chciała przez chwilę zaprotestować ale wiedziała, że jest to bezsensowne. On zrobił swoje, tak jak chciał. Zaspokoił się i dostał to czego od swojej dupy nie dostawał.
Zaczęła się ubierać i dość szybko dokończyła butelkę brandy. Zrobiło się jej niedobrze jednak powstrzymała wymioty przełykając je z powrotem.- Czemu marudzisz. Każdy facet cię zostawił i aktualnie nie masz nikogo do wyluzowania się, aż tak ci źle?-Zapytał cynicznie. Zignorowała go, złapała butelkę i papierosy, a potem wyszła na balkon. Złapała się za włosy i usiadła pod ścianą. Nie czuła się poniżona, ale zmęczona takimi sytuacjami i nadal było jej niedobrze.
niedziela, 1 czerwca 2014
Helplessness - personal thoughts
Osobiste przemyślenia
Chwilami wydaje mi się, że jestem już za stara na mówienie - nikt mnie nie rozumie. To jest odzew młodych nastolatków, nie potrafiących sprecyzować swoich utrapień. Nie ważne czy są duże, czy też małe. Nie potrafią ubrać tych słów, które ukazałyby bezpośredni przekaz. Ja chyba już powinnam? Nieprawdaż? Wtedy nastaje niezręczna cisza, rozumiem, że nawet ja nie jestem w stanie tego dokładnie określić. Dlaczego? Pytam się o to każdego dnia.
Od dawna mam mętlik w głowie. Nie wiem co jest realne, nie wiem co jest odpowiednie, nie wiem czy kiedykolwiek znajdzie się powód, dla którego każdego poranka będę chciała żyć i otwierać oczy. Nie mam czego ukrywać, z chwili na chwilę pragnę tylko jednego. Odpuścić. Nie jestem typem samobójcy, nie widzę w tym aż tak wielkiego sensu. Jaki jest sens w zagłębieniu się na drugą stronę czegoś, czego nie znam? Tak to zawsze sobie tłumaczę, bo tego typu nawiedzają mnie codziennie. Myśli i wyobrażenia, nawiązujące do tego, jak wyglądam w ostatniej sekundzie swojego życia. Powstaje pytanie - dlaczego jeszcze tu jestem? Dzień w dzień widzę jak wszystko się kończy. To jest nie kontrolowane, nie opanowane, nie do uniknięcia. Dlaczego, raz jeszcze zapytam. Szczerze? Z czasem staje się to taką rutyną, że człowiek się przyzwyczaja. Nie zmienia to faktu, że czasami mówię sobie ''Gośka, pora spierdalać z tego pojebanego świata, pomimo iż nie wiesz co jest po drugiej stronie''.
Rysuję, piszę, przelotnie śpiewam. Żyję tym i gdyby nie to, to nie wiedziałabym jak długo bym jeszcze wytrzymała. W pewnym momencie kiedy wiesz, że nie możesz się wyładować przy kimś fizycznym. Wyładowujesz się w chaosie swojej pracy, znikasz na parę godzin. Nic cię nie interesuje. Nie interesuje cię szkoła, to, że musisz się przespać, być zdatną do pracy, uczyć się, kontaktować. Wszystko to, napotyka destrukcję pod naciskiem uniwersum powstałego w mojej głowie. Zapominam kim jestem i nie muszę znów starać się aby to zaakceptować. Problemy nie istnieją. Niektórzy piją alkohol, ćpają, zabijają. Ja rysuję i czasem nachodzi mnie myśl - może jako ćpuna ludzie zrozumieją.
Jestem tylko człowiekiem, niedługo pełnoletnim. Przymus ukończenia przewspaniałej szkoły, uczenie się tematów, które nic mi nie dadzą, być poniżanym przez zwykłych ludzi i nauczycieli - nawet jeżeli twój ton i podejście, za każdym razem jest anielsko spokojne. Jeżeli muszę żyć tą rutyną i słyszeć ''wszyscy muszą'', to do diabła. Wolę uciec z tego zakłamanego syfu. Ludzie, uważający się za normalnych, poukładanych, wszystkowiedzących, mający jakiś status.To jest komiczne, bo to oni są toksyną. Ja, muszę się nimi truć i katować się dla zdobycia chociaż małej przyjemności w życiu. To co robię, to nad czym pracuję, jest ważne i może wpłynąć na moją przyszłość, tego nie mogę odłożyć na później. Odłożenie tego na później jest zniszczeniem tego, zabiciem tego. Nikt nie zrozumie, bo system.
Chwilami mam ochotę wcisnąć w siebie całe opakowanie psychotropów, które biorę co wieczora. Popić alkoholem i dać sobie spokój. Albo chociaż wciągnąć, dać w żyłę. Cokolwiek, a wszystko po to aby nie zdawać sobie sprawy z tego gdzie jestem. Nie mam pojęcia ile osób to rozumie, ale dla mnie każdy dzień w tym świecie to ból. Jestem świadoma, a nie chcę, nie chcę tego widzieć. Nie chcę słyszeć ''inni nie mają perspektyw'', ''inni nie mają startu''. Czyli mam rzucić wszystko w kąt, udawać, że życie sprawia mi przyjemność, że dziękuję każdemu poniżającemu mnie człowiekowi, za patrzenie jak odbierają mi coś co jest dla mnie najważniejsze? To dlatego, że ktoś mi powie ''masz lepiej niż inni''. Szczerze? Mogę mieszkać w zapuszczonej kamienicy, mieć strzępy w lodówce, liche podłączenie do internetu, byle płytę, na której mogłabym rysować, aerograf czy nawet te diabelne farby. Ja chcę tylko żyć i nie chcę patrzeć jak ludzie odbierają mi wszystko. Nawet ostatnią nadzieję. Bo żyję w świecie, w którym ważne jest to czego nie potrzebujesz. Zamykanie cię w pomieszczeniach i słuchanie bezsensownego pieprzenia o tym, o czym w przyszłości nie wspomnisz.
Jak w chwili obecnej wyglądają realia? Śpię co dwie noce, nie ruszam się z pokoju, nie wychodzę z domu i przestaję walczyć z bezsennością. Nie widzę innego wyjścia, chyba, że bym się w jakikolwiek sposób wybiła. W to jednak wątpię, nie mam aż takich predyspozycji. Nie mam nawet kiedy o nie walczyć.
Chwilami wydaje mi się, że jestem już za stara na mówienie - nikt mnie nie rozumie. To jest odzew młodych nastolatków, nie potrafiących sprecyzować swoich utrapień. Nie ważne czy są duże, czy też małe. Nie potrafią ubrać tych słów, które ukazałyby bezpośredni przekaz. Ja chyba już powinnam? Nieprawdaż? Wtedy nastaje niezręczna cisza, rozumiem, że nawet ja nie jestem w stanie tego dokładnie określić. Dlaczego? Pytam się o to każdego dnia.
Od dawna mam mętlik w głowie. Nie wiem co jest realne, nie wiem co jest odpowiednie, nie wiem czy kiedykolwiek znajdzie się powód, dla którego każdego poranka będę chciała żyć i otwierać oczy. Nie mam czego ukrywać, z chwili na chwilę pragnę tylko jednego. Odpuścić. Nie jestem typem samobójcy, nie widzę w tym aż tak wielkiego sensu. Jaki jest sens w zagłębieniu się na drugą stronę czegoś, czego nie znam? Tak to zawsze sobie tłumaczę, bo tego typu nawiedzają mnie codziennie. Myśli i wyobrażenia, nawiązujące do tego, jak wyglądam w ostatniej sekundzie swojego życia. Powstaje pytanie - dlaczego jeszcze tu jestem? Dzień w dzień widzę jak wszystko się kończy. To jest nie kontrolowane, nie opanowane, nie do uniknięcia. Dlaczego, raz jeszcze zapytam. Szczerze? Z czasem staje się to taką rutyną, że człowiek się przyzwyczaja. Nie zmienia to faktu, że czasami mówię sobie ''Gośka, pora spierdalać z tego pojebanego świata, pomimo iż nie wiesz co jest po drugiej stronie''.
Rysuję, piszę, przelotnie śpiewam. Żyję tym i gdyby nie to, to nie wiedziałabym jak długo bym jeszcze wytrzymała. W pewnym momencie kiedy wiesz, że nie możesz się wyładować przy kimś fizycznym. Wyładowujesz się w chaosie swojej pracy, znikasz na parę godzin. Nic cię nie interesuje. Nie interesuje cię szkoła, to, że musisz się przespać, być zdatną do pracy, uczyć się, kontaktować. Wszystko to, napotyka destrukcję pod naciskiem uniwersum powstałego w mojej głowie. Zapominam kim jestem i nie muszę znów starać się aby to zaakceptować. Problemy nie istnieją. Niektórzy piją alkohol, ćpają, zabijają. Ja rysuję i czasem nachodzi mnie myśl - może jako ćpuna ludzie zrozumieją.
Jestem tylko człowiekiem, niedługo pełnoletnim. Przymus ukończenia przewspaniałej szkoły, uczenie się tematów, które nic mi nie dadzą, być poniżanym przez zwykłych ludzi i nauczycieli - nawet jeżeli twój ton i podejście, za każdym razem jest anielsko spokojne. Jeżeli muszę żyć tą rutyną i słyszeć ''wszyscy muszą'', to do diabła. Wolę uciec z tego zakłamanego syfu. Ludzie, uważający się za normalnych, poukładanych, wszystkowiedzących, mający jakiś status.To jest komiczne, bo to oni są toksyną. Ja, muszę się nimi truć i katować się dla zdobycia chociaż małej przyjemności w życiu. To co robię, to nad czym pracuję, jest ważne i może wpłynąć na moją przyszłość, tego nie mogę odłożyć na później. Odłożenie tego na później jest zniszczeniem tego, zabiciem tego. Nikt nie zrozumie, bo system.
Chwilami mam ochotę wcisnąć w siebie całe opakowanie psychotropów, które biorę co wieczora. Popić alkoholem i dać sobie spokój. Albo chociaż wciągnąć, dać w żyłę. Cokolwiek, a wszystko po to aby nie zdawać sobie sprawy z tego gdzie jestem. Nie mam pojęcia ile osób to rozumie, ale dla mnie każdy dzień w tym świecie to ból. Jestem świadoma, a nie chcę, nie chcę tego widzieć. Nie chcę słyszeć ''inni nie mają perspektyw'', ''inni nie mają startu''. Czyli mam rzucić wszystko w kąt, udawać, że życie sprawia mi przyjemność, że dziękuję każdemu poniżającemu mnie człowiekowi, za patrzenie jak odbierają mi coś co jest dla mnie najważniejsze? To dlatego, że ktoś mi powie ''masz lepiej niż inni''. Szczerze? Mogę mieszkać w zapuszczonej kamienicy, mieć strzępy w lodówce, liche podłączenie do internetu, byle płytę, na której mogłabym rysować, aerograf czy nawet te diabelne farby. Ja chcę tylko żyć i nie chcę patrzeć jak ludzie odbierają mi wszystko. Nawet ostatnią nadzieję. Bo żyję w świecie, w którym ważne jest to czego nie potrzebujesz. Zamykanie cię w pomieszczeniach i słuchanie bezsensownego pieprzenia o tym, o czym w przyszłości nie wspomnisz.
Jak w chwili obecnej wyglądają realia? Śpię co dwie noce, nie ruszam się z pokoju, nie wychodzę z domu i przestaję walczyć z bezsennością. Nie widzę innego wyjścia, chyba, że bym się w jakikolwiek sposób wybiła. W to jednak wątpię, nie mam aż takich predyspozycji. Nie mam nawet kiedy o nie walczyć.
wtorek, 13 maja 2014
Music in the background.
W głowie zapętliły się tylko zakłamane obietnice, które pozwalają żyć z dnia na dzień. Obietnice ubrane słowami piękniejszymi niż naświetlona kropla rosy czy aromat poranka.
Nadzieja opuszkami dotyka każdego zakątka okaleczonego tęsknotą ciała, składa pocałunek nasączony słodką trucizną. Wysysa życie pieśnią aniołów i pochłania w całości obrastając w siłę.
Smukły palec pragnienia przejeżdża wzdłuż dolnej wargi, nęcąc ją i wodząc. Zachęca do zatracenia w kłamstwie i iluzji.
Powiew zauroczenia pcha przed siebie niewinną naiwność, w ramiona eterycznej manipulacji. Wyżera subtelnie czysty umysł, zastępując go obłokami chmur skąpanych w wierszach.
W głowie wciąż ta melodia strzyg przebranych za anioły, opowiadająca o przestworzach bez granic. Wzbudza pragnienie niczym Inkubus, współpracujący z ramionami Morfeusza. A kiedy rozpieszczone ciało podryguje dając spłynąć kroplą ekstazy w przepaść, dotyk przywołujący podniecenie płachtą rozwiewa swą obecność.
Ciało leży, w bezdechu, w rumieńcu, w marzeniach i cieple.
A oczy puste, natomiast serce zagubione w nadziejach
Nadzieja opuszkami dotyka każdego zakątka okaleczonego tęsknotą ciała, składa pocałunek nasączony słodką trucizną. Wysysa życie pieśnią aniołów i pochłania w całości obrastając w siłę.
Smukły palec pragnienia przejeżdża wzdłuż dolnej wargi, nęcąc ją i wodząc. Zachęca do zatracenia w kłamstwie i iluzji.
Powiew zauroczenia pcha przed siebie niewinną naiwność, w ramiona eterycznej manipulacji. Wyżera subtelnie czysty umysł, zastępując go obłokami chmur skąpanych w wierszach.
W głowie wciąż ta melodia strzyg przebranych za anioły, opowiadająca o przestworzach bez granic. Wzbudza pragnienie niczym Inkubus, współpracujący z ramionami Morfeusza. A kiedy rozpieszczone ciało podryguje dając spłynąć kroplą ekstazy w przepaść, dotyk przywołujący podniecenie płachtą rozwiewa swą obecność.
Ciało leży, w bezdechu, w rumieńcu, w marzeniach i cieple.
A oczy puste, natomiast serce zagubione w nadziejach
niedziela, 11 maja 2014
Lullaby for the big kids.
Kołysanka dla dużych dzieci.
Nóż zalany krwią spoczął na podłodze w pokoju małego Davida. W całym domu panowała cisza, tak bardzo nietypowa jak na to miejsce. Cisza, dzięki której po raz pierwszy dała małemu dziecku spać w spokoju, którego potrzebowało. O łóżeczko jasnowłosego dziecka opierała się osoba, którapo raz drugi odwiedziła to miejsce. Podziwiał jego małą i delikatną buźkę, wymalowany spokój i tą niewinność. Na białe ubranko skapywały krople z rąk brudnych od szkarłatnej krwi. Kontrast barw godnych podziwu.
W pewnej chwili oczy intruza w domu Bennettów skierowały się ku kolorowej kołysance nad łóżkiem. Zwisający z niej sznurek zakończony był błyszczącą, srebrną kuleczką.
Spojrzenie zmęczone, zamyślone i zmartwione. Napawały one niepokojem Matthew'a, który od dziesięciu minut wpatrywał się w brata.
- Co jest Dye?
- Nic konkretnego, chyba zwykłe zmęczenie.-Odparł i zaczesał bordowe włosy do tyłu. Matthew westchnął i zaczął szukać paczki papierosów, które wcisnął gdzieś koło nocnej szafki.
- W sumie to się nie dziwię. Sam już nie wyrabiam.-Powieki Dye'a się zamknęły odrywając umysł od obrazu codzienności. Był już zmęczony zacieraniem śladów morderstw chłopca, który od niedawna z nimi mieszkał.
- Trudno, nie mamy wyboru.
- Kurwa Dye jak to nie mamy wyboru? Nie rozumiem dlaczego tak stoisz za tym dzieciakiem, którego chuj obchodzą konsekwencje tego co robi.
- Lepszy jesteś?-Spalił młodszego brata.- Nie pamiętasz jeszcze co wyprawiałeś rok temu? Dzieciak latający z nożem po domach publicznych. Ciesz się, że cię nie przymknęli. Nadal jest prawdopodobne, że poskładają wszystko do kupy i cię znajdą.
- Wiem.
- To nie wiedz, tylko zaakceptuj to co się dzieje teraz.-Przetarł zamknięte powieki a potem je otworzył, czując jak do jego nozdrzy dociera nikotynowy dym.- Zarzuć. Młodszy z braci odpalił papierosa, którego oddał zaraz temu starszemu.
- Dye, jesteś zmęczony. Jeżeli mi już kryłeś dupę to po co ci powtórka z rozrywki, która najwidoczniej cię wykańcza? Nie rozumiem cię, co cię tak trzyma przy tym dzieciaku?
- Nie musisz wiedzieć pewnych rzeczy.
- Jak to nie muszę? Zapierdalam z tobą każdego razu kiedy tamten paraduje jako mały zabijaka.
- Nie prosiłem cię o to.-Ton miał kompletnie zobojętniały. Z Matt'em czy bez Matt'a, nie chciał zostawiać Noela w samotności. Tego dzieciaka znał od dawna, coś o czym Matt nigdy nie wiedział. Znał jego historię, wiedział jaką patologię miał w domu, był przy nim jeszcze kiedy tamten się odzywał. A do tej opieki nakłoniły go sentymenty.
- Jak chcesz.-Ciemnowłosy wstał i wyszedł z pokoju. Dye natomiast pozwolił sobie zagłębić się w morze pełne wspomnień. Widział w nich pierwsze spotkanie z Noelem, dwa lata temu.
Trzymał papierosa w zębach, w ręce natomiast niósł ciężką torbę z metalową zawartością. Znów zobojętniały, znudzony i niewyspany. Nie pamiętał kiedy ostatnio spał, może z cztery dni temu? Naprawdę nie miał pojęcia, wiedział, że przez brak snu nie odróżniał realnych przechodni od tych fikcyjnych. Amfetamina niestety stała się prochem ładującym baterię jego dość stresującego i skomplikowanego życia.
Nagle stanął, nieco mocniej ugryzł papierosa, a głowę skierował w stronę ciemnego zaułka. Nie widział co się tam dzieje, panował tam totalny mrok. Słyszał jednak szloch małego dziecka. Teraz tylko pytanie, to jego zryta psychika czy rzeczywiście coś się tam dzieje? Na ogół Dye nie zwracał uwagi na takie drobnostki, za dużo widział, za dużo złego zrobił. Tym razem jakoś nie mógł postawić kolejnego kroku. Czuł, że powinien tam zajrzeć, sprawdzić co się stało. Tak więc też zrobił. Zagłębił się w ten mrok i starał dotrzeć do centrum płaczu.
Stanął i widział skulone, przerażone dziecko. Obdrapany, rozczochrany i brudny. Przyklęknął przy dzieciaku i przyjrzał się uważniej.
- Powiesz mi co się stało?-Wyleciał prosto z mostu. Chłopiec skulił się jeszcze bardziej, a włosy już całkiem zakryły jego twarz. Dye westchnął, nie wiedział co zrobić w takim wypadku.- Ktoś ci zrobił krzywdę?-Nie dostał odpowiedzi.- Nie uda nam się dojść do niczego jak nie będziesz ze mną rozmawiał.-Nie miał podejścia do dzieci, nie wiedział jak do niego dotrzeć, a nie chciał go tutaj zostawić zaraz potem jak tu przylazł. Złapał go za szczękę i skierował w swoją stronę.- Popatrz na mnie.-Chłopiec chciał wyrwać twarz z jego ręki, nie miał niestety tyle siły co Dye.- Nie wyrywaj się tylko popatrz na mnie.-Uniósł głos co nieco uspokoiło dzieciaka.- Patrz.-Uniósł swoją grzywkę.- Ja się przed tobą nie chowam. Mówią na mnie Dye, a nazywam się Jeremy. Nie chcę ci zrobić krzywdy.-Puścił jego szczękę.- Powtórzę. Widzisz, nie chcę ci zrobić krzywdy. Chcę ci pomóc, ale musisz mi powiedzieć jak się nazywasz.-Przysunął się bliżej.- To jak młody, powiesz mi jak się nazywasz. Smutno mi będzie jak się ze mną tym nie podzielisz, ja ci już powiedziałem. O! Wiem, a może ty też masz jakąś ksywkę?-Chłopiec niepewnie przekręcił głowę w kierunku bordowowłosego. Przez chwilę milczał i siedział w bezruchu, nagle pokręcił głową jakby chciał odpowiedzieć ''nie''. Dye odniósł sukces.- No to nie wiem, to jak mam cię nazywać? Muszę jakoś nie? Mamy się w końcu za kumplować.-Chłopiec przygryzł dolną wargę.
- N...oel.-Głos miał bardzo przyjemny jak na dziecko, nagle taki spokojny i nie za wysoki. Dye się zdziwił, że jednak się udało.
- Tak fajnie, że nawet ksywka ci nie potrzebna.-Postanowił przybliżyć do niego rękę aby zaczesać włosy i odkryć jego buzię.- Mogę?-Nie dostał odpowiedzi więc uznał, że decyzja należy do niego. Odkrył jego twarz i momentalnie zaniemówił, pomimo iż to co zobaczył nie było dla niego czymś nowym. Twarz chłopca była sina od pobicia, porządnie sina.
Wszedł do swojego mieszkania mając na ramieniu torbę zapełnioną bronią, a ręka tym razem trzymała dłoń małego chłopca. Wypytywał go o rodziców, tylko jeden jedyny raz. Domyślał się, że jeżeli chłopiec nie chciał mu nic o nich powiedzieć to najprawdopodobniej oni go pobili.
- Idź do tamtego pokoju.-Wskazał salon, sam poszedł do pomieszczenia uważanego za schowek. Dużo broni, pieniądze i rzeczy, które powinny być schowane. Zamknął pomieszczenie na klucz, który miał tylko on i wrócił do chłopca. Przykucnął i zaczesał włosy.- No to jak kolego, może zwiążemy ci włosy i przemyjemy twarz? Chyba, że chcesz się sam wykąpać?-Dye nie, nie był pedofilem jednak bał się, że chłopiec będąc sam w łazience zrobi coś głupiego. Nigdy nic nie wiadomo, a on nie chciał pozbywać się ciała dziecka.- To jak, chcesz sam?-Chłopiec kiwnął na tak. Westchnął.- No dobra. Dam ci zaraz ręcznik i pokażę łazienkę. Jednak umawiamy się, że jej nie zamykasz, ok? Nie będę ci zaglądać, po prostu jej nie zamykaj.-Chłopiec się zgodził.
Dał dzieciakowi ręcznik, napuścił wody i zaczął szukać jakiś ubrań, w których się aż tak bardzo nie utopi. Był strasznie drobny. No i ile on mógł mieć lat? Jedenaście? Dwanaście? Cholera go wie.
Zapalił papierosa i poszedł do kuchni żeby zrobić coś ciepłego do picia. Wydawało się mu, że Noel dość długo siedział w tym deszczu. Niech się czymś ogrzeje.
- Kurwa.-Mruknął pod nosem. Zamordował dzisiaj pięć osób, co było na porządku jego dnia. A teraz? Teraz bawi się w niańkę ze spluwą przy dupie. Sam nie wierzył w to co robił. Nagle rozniósł się huk podczas otwierania drzwi do domu. Śmiech dwóch osób, kobieta i mężczyzna. Jeden z tych dwóch Dye doskonale znał i już z wejścia wyprowadził go z równowagi. Zostawił wszystko tak jak leżało i poszedł do łazienki.
-Mały zignoruj to, zaraz nad tym zapanuję.-Zamknął drzwi aby dzieciak tego nie słuchał. Poszedł w stronę brata. Kobietę, która z nim przyszła złapał za ramie, otworzył drzwi i wypchał.- Pani mówimy już do widzenia, nie radzę ci tu wracać dla własnego dobra.-Syknął i zamknął jej drzwi przed nosem.
- Ej! Kurwa, Dye! No co ty odpierdalasz?!-Złapał chłopaka za szyję, nie robiąc tego delikatnie. Nie miał zamiaru się z nim cackać. Wepchnął brata do jego pokoju, zamknął drzwi i brutalnie przybił do ściany. Nie chciał słuchać pierdolenia chłopaka więc złapał mocniej dookoła szyi i uniósł go tak aby trzymał się na samych czubkach palców.
- Rozmawialiśmy o ściąganiu dziwek do domu. Rozmawialiśmy?-Czekał na odpowiedź.- Kurwa rozmawialiśmy?!-Warknął, jednak nie za głośno aby nie dotarło to do chłopca w łazience. Matt zaczął nerwowo potakiwać głową.- Tak więc czemu mały gnojku nie słuchasz jak ci się coś mówi. To, że przychodzisz naćpany w cztery dupy, nie kontaktujesz i pierdolisz od rzeczy zdzierżę. Ale nie zdzierżę przyprowadzania ździr do mojego domu i robienia z niego burdelu! Rozumiesz mały skurwielu? Jeszcze raz, a wypierdolę cię z domu.-Dye starał się być spokojny, w sytuacji kiedy przyprowadza dziecko do domu, które ledwo co zostało pobite, ale kiedy Matt przychodzi znów naćpany i to jeszcze z jakąś dziwką przyprawiło go o białą gorączkę. Kochał brata, zajmował się nim od gówniarza, ale nie będzie akceptował czegoś takiego. Matt bardzo dobrze wiedział jakie życie prowadzi Dye i sprowadzanie uwagi na ich mieszkanie nie skończyłoby się dobrze.
Rzucił nim na ziemię i warknął.- Ogarnij się ćpunie i nie próbuj mi dzisiaj wyjść z pokoju. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Wrócił do łazienki, zapukał i ją otworzył starając się wyglądać na uspokojonego.
- Wszystko w porządku?-Noel kiwnął głową, nie widać po nim było żeby ta sytuacja aż tak bardzo go poruszyła. Chyba naprawdę mało co słyszał, albo był przyzwyczajony. Wolał aby nie miał racji co do tego drugiego.
Ogarnął chłopca, podał herbatę i zrobił coś do jedzenia. Westchnął cicho widząc, że młody prawie niczego nie ruszył, ale co poradzi? Nie zmusi go. Nie miał zamiaru dłużej napierać na wydobywanie z chłopca jakiś informacji, był wykończony. Chyba nawet tak samo jak Dye, obydwoje powinni odpocząć. Dye jednak był święcie przekonany, że znów nie zaśnie, pomimo tak wielkiego zmęczenia. Powieki miał sine, a spojrzenie matowe. Położył Noela w swoim łóżku i wyszedł z pokoju aby wrócić do pracy, którą co raz częściej przenosił do domu. Siadł na skórzanej sofie, a na szklany stolik rzucił teczki z kartoteką nowej ofiary i zleceniodawcy. Nigdy nie przyjmował zleceń od ludzi, o których nic nie wiedział. W wypadku, gdyby zleceniodawca był zagrożeniem dla Dye czy jego brata, zamiast ofiary musiałby odstrzelić jego.
- No to powiedz mi kim jesteś kolejny chuju...-Powiedział sam do siebie. Takie gadanie weszło mu już całkiem w nawyk i zapewne nie wyjdzie. Matt? Z Mattem od pewnego czasu nie idzie w ogóle się dogadać, a jak już coś się mu powie to zapomina w momencie kiedy trzeźwieje. Nie, może w ogóle nic do niego nigdy nie dochodzi nawet jak jest naćpany. Czy może dalej trzeźwy? Dye już nie wiedział i nie interesowało go to, bo chwilami czuł jakby stracił obowiązek zajmowania się młodszym bratem. Kto wie? Może nawet dałby mu zginąć lub zaginąć? To nie myśli na teraz, skupił się na aktach jednocześnie wsłuchując w ciszę panującą w jego sypialni. Dzieciak spał, chociaż tyle.
Noel spędził w domu Dye tydzień. Zaczął trochę więcej się odzywać, nie był płochliwy i szanował Dye. To było dziwne, ale bordowowłosy miał takie przeczucie, że chłopiec po prostu w niesamowicie szybkim czasie mu zaufał. Zaufać? Mu? Koleś, który zabił więcej ludzi niż mógł spamiętać, wychowujący brata ćpuna. Mordował nie tylko mężczyzn ale i kobiety, czy dzieci. W końcu są dwa rodzaje morderców. Ci, którzy zostawiają świadków i ci, którzy wychodzą z sytuacji jak duchy. To wszystko dla kasy. Taki potwór, a jednak zaufało mu dziecko. Dziecko niewinne i skrzywdzone, podobne do niego. Dye nigdy nikomu nie opowiadał o swojej przeszłości jednak pamiętał ją doskonale i wiedział, że dzięki niej mają z Noelem coś wspólnego.
Zbliżało się nowe zlecenie, kilkudniowe. Dye mógł zostawić Noela samego w mieszkaniu, w końcu Matta od paru dni nie było. Pytanie teraz, co zrobi jak ten ćpun wróci? Nie zostawi dziecka z tym wariatem, który ostatnio natarł z nożem na dwie dziwki. Był świadom tego, że Noel miał nie małe problemy w domu, ale wolał aby się trochę pomęczył niż był zadźgany przez jego brata. Fakt, że odsyła go do domu wprawiał go w co raz większe poczucie winy. Nie chciał, ale musiał. Nie zabierze go ze sobą.
Jakoś udało mu się wydobyć z Noela adres do jego mieszkania, dzięki głupim obietnicą, które mogą się nie spełnić. Podwiózł go pod podany adres i patrzył ze złością jak chłopiec wchodzi za próg swoich drzwi.
- Kurwa.-Dość szybko odjechał żeby tam nie wpaść i nie wyrwać dzieciaka. Nie mógł, cholera nie mógł.
Dye nie wytrzymywał z myślą, że Noel może przeżywać taki ból w tamtym domu. Nie mógł go zabrać ale za każdym razem kiedy wracał do domu, wyrywał chłopca z tego chorego otoczenia. Zajmował się i nie dawał krzywdzić. Chyba nawet się przyzwyczajał do tego dziecka. Traktował go jak młodszego brata, który potrzebuje chociaż trochę spokoju i ciepła. Dawał mu to tylko po to aby chwilę później znów pakować go do piekła. Konsekwencje były okropne, za każdym razem Noel mówił co raz mniej, wyglądał co raz gorzej a Jeremy nie był w stanie nic z tym zrobić. Zabierał go na co raz dłużej szczególnie wtedy kiedy Matt nie pokazywał się w domu. Zapoznawanie tych dwóch - Matta i Noela - To byłby głupi pomysł. Czasem się wyminęli ale Matt był zbyt naćpany aby zapamiętać chłopca, młody natomiast nigdy się do niego nie odzywał. Dye miał przeczucie, że czarnowłosy chłopiec już do nikogo po za nim się nie odzywa. Niestety, końcu nawet przestał do niego.
Tak mijały miesiące. Robota, zacieranie śladów, brat ćpun i zabieranie do siebie Noela. Dye nie był typem takim jakim był jego brat. Nie potrzebował dziwek, rozrywki czy pijaństwa. Ćpał, jednak nie zachowywał się jak Matt i robił to tylko po to aby wytrzymać w pracy. No a na to co robi teraz Matt, nigdy nie miał czasu.
Pewnego razu doszło do konfrontacji między tymi dwoma, Noelem i Mattem. Doszło do tego w momencie kiedy Matt się otrząsnął. Policja siedziała mu na grzbiecie, ledwo co udawało mu się z tego wywinąć. Przy okazji. Kto inny by mu wtedy pomógł jak nie Dye? Zawsze był za bratem i Matt chyba pierwszy raz to docenił. Próbował odstawić dragi, ogarnąć się i nie sprowadzać na siebie uwagi. Zaczął po sobie sprzątać te wszystkie krwawe brudy, a Dye nareszcie miał trochę spokoju. Natomiast konfrontacja Noela i Matta nie skończyła się niczym nadzwyczajnym. Nie odzywali się do siebie, Matt nie pytał, Noel nie odpowiadał. Dye twierdził, że to dobre. Nie muszą, tak było lepiej. No a z czasem ci dwaj znów zaczęli się kompletnie mijać, bo Dye miał co raz większe problemy z robotą. Noela praktycznie w ogóle nie widywał, ale nie zapominał. Noel zamknął się w sobie, ale nie uciekał przed Jeremym. Miało się tak ciągnąć do chwili, w której piętnastoletni Noel brutalnie zamordował swoich rodziców. Dye z Mattem mu pomogli, zajęli się ciałami, postarali się aby nie zostało śladów. I wtedy Jeremy nie widział innej opcji, zabrał Noela. Dzieciaka przepełnionego pragnieniem zadość uczynienia, które Dye starał się minimalizować. Ale było co raz ciężej, Noel znikał a wraz z jego zniknięciami jego całe drzewko genealogiczne co raz bardziej się zmniejszało. Dye po nim sprzątał i starał się zapanować, ale nie było łatwo. Ten dzieciak nie miał już niczego w środku, odebrano mu każde uczucie. Jednak Dye, nigdy go nie opuszczał.
Aktualnie
- Kurwa Dye!-Dye spojrzał w stronę brata nie rozumiejąc tej nagłej paniki.- Noela nie ma.-Niczego więcej nie potrzebował, zerwał się z fotela, założył buty, wziął klucze i wybiegł z domu. Wiedział gdzie jest młody i wolał się pośpieszyć. Nawet nie czekał na Matta, nie miał czasu.
Dźwięk kołysanki roznosił się po całym pomieszczeniu. Czarnowłosy chłopak wsłuchiwał się w tą uspokajającą melodię. Mógł przy niej zasnąć, odpłynąć. Czuł się... wolny. Zakończył w końcu to co rozpoczął mordując rodziców, po prostu zakończył. Słyszał jak ktoś wdarł się do mieszkania, słyszał nawoływanie. Dye, Dye go szukał. Ten dalej przebywał w błogim stanie słuchając kołysanki, a kiedy Dye wszedł do pokoju, Noel tylko lekko odchylił głowę. Tak jakby samym spojrzeniem chciał się przywitać i pokazać mu, że jest już dobrze. Jeremy spojrzał w kierunku łóżeczka. Leżało tam dziecko z wbitym nożem w krtań. Krew zalała pościel i niebieski kocyk, nawet misia spoczywającego zaraz koło małego Davida.
- To już wszyscy Dye, już wszyscy.-Każdy krewny Noela, zabity.
Dye zaniemówił, a ta kołysanka zaczęła się nieprzyjemnie wwiercać w jego umysł.
- To już wszyscy...
Nóż zalany krwią spoczął na podłodze w pokoju małego Davida. W całym domu panowała cisza, tak bardzo nietypowa jak na to miejsce. Cisza, dzięki której po raz pierwszy dała małemu dziecku spać w spokoju, którego potrzebowało. O łóżeczko jasnowłosego dziecka opierała się osoba, którapo raz drugi odwiedziła to miejsce. Podziwiał jego małą i delikatną buźkę, wymalowany spokój i tą niewinność. Na białe ubranko skapywały krople z rąk brudnych od szkarłatnej krwi. Kontrast barw godnych podziwu.
W pewnej chwili oczy intruza w domu Bennettów skierowały się ku kolorowej kołysance nad łóżkiem. Zwisający z niej sznurek zakończony był błyszczącą, srebrną kuleczką.
Spojrzenie zmęczone, zamyślone i zmartwione. Napawały one niepokojem Matthew'a, który od dziesięciu minut wpatrywał się w brata.
- Co jest Dye?
- Nic konkretnego, chyba zwykłe zmęczenie.-Odparł i zaczesał bordowe włosy do tyłu. Matthew westchnął i zaczął szukać paczki papierosów, które wcisnął gdzieś koło nocnej szafki.
- W sumie to się nie dziwię. Sam już nie wyrabiam.-Powieki Dye'a się zamknęły odrywając umysł od obrazu codzienności. Był już zmęczony zacieraniem śladów morderstw chłopca, który od niedawna z nimi mieszkał.
- Trudno, nie mamy wyboru.
- Kurwa Dye jak to nie mamy wyboru? Nie rozumiem dlaczego tak stoisz za tym dzieciakiem, którego chuj obchodzą konsekwencje tego co robi.
- Lepszy jesteś?-Spalił młodszego brata.- Nie pamiętasz jeszcze co wyprawiałeś rok temu? Dzieciak latający z nożem po domach publicznych. Ciesz się, że cię nie przymknęli. Nadal jest prawdopodobne, że poskładają wszystko do kupy i cię znajdą.
- Wiem.
- To nie wiedz, tylko zaakceptuj to co się dzieje teraz.-Przetarł zamknięte powieki a potem je otworzył, czując jak do jego nozdrzy dociera nikotynowy dym.- Zarzuć. Młodszy z braci odpalił papierosa, którego oddał zaraz temu starszemu.
- Dye, jesteś zmęczony. Jeżeli mi już kryłeś dupę to po co ci powtórka z rozrywki, która najwidoczniej cię wykańcza? Nie rozumiem cię, co cię tak trzyma przy tym dzieciaku?
- Nie musisz wiedzieć pewnych rzeczy.
- Jak to nie muszę? Zapierdalam z tobą każdego razu kiedy tamten paraduje jako mały zabijaka.
- Nie prosiłem cię o to.-Ton miał kompletnie zobojętniały. Z Matt'em czy bez Matt'a, nie chciał zostawiać Noela w samotności. Tego dzieciaka znał od dawna, coś o czym Matt nigdy nie wiedział. Znał jego historię, wiedział jaką patologię miał w domu, był przy nim jeszcze kiedy tamten się odzywał. A do tej opieki nakłoniły go sentymenty.
- Jak chcesz.-Ciemnowłosy wstał i wyszedł z pokoju. Dye natomiast pozwolił sobie zagłębić się w morze pełne wspomnień. Widział w nich pierwsze spotkanie z Noelem, dwa lata temu.
Trzymał papierosa w zębach, w ręce natomiast niósł ciężką torbę z metalową zawartością. Znów zobojętniały, znudzony i niewyspany. Nie pamiętał kiedy ostatnio spał, może z cztery dni temu? Naprawdę nie miał pojęcia, wiedział, że przez brak snu nie odróżniał realnych przechodni od tych fikcyjnych. Amfetamina niestety stała się prochem ładującym baterię jego dość stresującego i skomplikowanego życia.
Nagle stanął, nieco mocniej ugryzł papierosa, a głowę skierował w stronę ciemnego zaułka. Nie widział co się tam dzieje, panował tam totalny mrok. Słyszał jednak szloch małego dziecka. Teraz tylko pytanie, to jego zryta psychika czy rzeczywiście coś się tam dzieje? Na ogół Dye nie zwracał uwagi na takie drobnostki, za dużo widział, za dużo złego zrobił. Tym razem jakoś nie mógł postawić kolejnego kroku. Czuł, że powinien tam zajrzeć, sprawdzić co się stało. Tak więc też zrobił. Zagłębił się w ten mrok i starał dotrzeć do centrum płaczu.
Stanął i widział skulone, przerażone dziecko. Obdrapany, rozczochrany i brudny. Przyklęknął przy dzieciaku i przyjrzał się uważniej.
- Powiesz mi co się stało?-Wyleciał prosto z mostu. Chłopiec skulił się jeszcze bardziej, a włosy już całkiem zakryły jego twarz. Dye westchnął, nie wiedział co zrobić w takim wypadku.- Ktoś ci zrobił krzywdę?-Nie dostał odpowiedzi.- Nie uda nam się dojść do niczego jak nie będziesz ze mną rozmawiał.-Nie miał podejścia do dzieci, nie wiedział jak do niego dotrzeć, a nie chciał go tutaj zostawić zaraz potem jak tu przylazł. Złapał go za szczękę i skierował w swoją stronę.- Popatrz na mnie.-Chłopiec chciał wyrwać twarz z jego ręki, nie miał niestety tyle siły co Dye.- Nie wyrywaj się tylko popatrz na mnie.-Uniósł głos co nieco uspokoiło dzieciaka.- Patrz.-Uniósł swoją grzywkę.- Ja się przed tobą nie chowam. Mówią na mnie Dye, a nazywam się Jeremy. Nie chcę ci zrobić krzywdy.-Puścił jego szczękę.- Powtórzę. Widzisz, nie chcę ci zrobić krzywdy. Chcę ci pomóc, ale musisz mi powiedzieć jak się nazywasz.-Przysunął się bliżej.- To jak młody, powiesz mi jak się nazywasz. Smutno mi będzie jak się ze mną tym nie podzielisz, ja ci już powiedziałem. O! Wiem, a może ty też masz jakąś ksywkę?-Chłopiec niepewnie przekręcił głowę w kierunku bordowowłosego. Przez chwilę milczał i siedział w bezruchu, nagle pokręcił głową jakby chciał odpowiedzieć ''nie''. Dye odniósł sukces.- No to nie wiem, to jak mam cię nazywać? Muszę jakoś nie? Mamy się w końcu za kumplować.-Chłopiec przygryzł dolną wargę.
- N...oel.-Głos miał bardzo przyjemny jak na dziecko, nagle taki spokojny i nie za wysoki. Dye się zdziwił, że jednak się udało.
- Tak fajnie, że nawet ksywka ci nie potrzebna.-Postanowił przybliżyć do niego rękę aby zaczesać włosy i odkryć jego buzię.- Mogę?-Nie dostał odpowiedzi więc uznał, że decyzja należy do niego. Odkrył jego twarz i momentalnie zaniemówił, pomimo iż to co zobaczył nie było dla niego czymś nowym. Twarz chłopca była sina od pobicia, porządnie sina.
Wszedł do swojego mieszkania mając na ramieniu torbę zapełnioną bronią, a ręka tym razem trzymała dłoń małego chłopca. Wypytywał go o rodziców, tylko jeden jedyny raz. Domyślał się, że jeżeli chłopiec nie chciał mu nic o nich powiedzieć to najprawdopodobniej oni go pobili.
- Idź do tamtego pokoju.-Wskazał salon, sam poszedł do pomieszczenia uważanego za schowek. Dużo broni, pieniądze i rzeczy, które powinny być schowane. Zamknął pomieszczenie na klucz, który miał tylko on i wrócił do chłopca. Przykucnął i zaczesał włosy.- No to jak kolego, może zwiążemy ci włosy i przemyjemy twarz? Chyba, że chcesz się sam wykąpać?-Dye nie, nie był pedofilem jednak bał się, że chłopiec będąc sam w łazience zrobi coś głupiego. Nigdy nic nie wiadomo, a on nie chciał pozbywać się ciała dziecka.- To jak, chcesz sam?-Chłopiec kiwnął na tak. Westchnął.- No dobra. Dam ci zaraz ręcznik i pokażę łazienkę. Jednak umawiamy się, że jej nie zamykasz, ok? Nie będę ci zaglądać, po prostu jej nie zamykaj.-Chłopiec się zgodził.
Dał dzieciakowi ręcznik, napuścił wody i zaczął szukać jakiś ubrań, w których się aż tak bardzo nie utopi. Był strasznie drobny. No i ile on mógł mieć lat? Jedenaście? Dwanaście? Cholera go wie.
Zapalił papierosa i poszedł do kuchni żeby zrobić coś ciepłego do picia. Wydawało się mu, że Noel dość długo siedział w tym deszczu. Niech się czymś ogrzeje.
- Kurwa.-Mruknął pod nosem. Zamordował dzisiaj pięć osób, co było na porządku jego dnia. A teraz? Teraz bawi się w niańkę ze spluwą przy dupie. Sam nie wierzył w to co robił. Nagle rozniósł się huk podczas otwierania drzwi do domu. Śmiech dwóch osób, kobieta i mężczyzna. Jeden z tych dwóch Dye doskonale znał i już z wejścia wyprowadził go z równowagi. Zostawił wszystko tak jak leżało i poszedł do łazienki.
-Mały zignoruj to, zaraz nad tym zapanuję.-Zamknął drzwi aby dzieciak tego nie słuchał. Poszedł w stronę brata. Kobietę, która z nim przyszła złapał za ramie, otworzył drzwi i wypchał.- Pani mówimy już do widzenia, nie radzę ci tu wracać dla własnego dobra.-Syknął i zamknął jej drzwi przed nosem.
- Ej! Kurwa, Dye! No co ty odpierdalasz?!-Złapał chłopaka za szyję, nie robiąc tego delikatnie. Nie miał zamiaru się z nim cackać. Wepchnął brata do jego pokoju, zamknął drzwi i brutalnie przybił do ściany. Nie chciał słuchać pierdolenia chłopaka więc złapał mocniej dookoła szyi i uniósł go tak aby trzymał się na samych czubkach palców.
- Rozmawialiśmy o ściąganiu dziwek do domu. Rozmawialiśmy?-Czekał na odpowiedź.- Kurwa rozmawialiśmy?!-Warknął, jednak nie za głośno aby nie dotarło to do chłopca w łazience. Matt zaczął nerwowo potakiwać głową.- Tak więc czemu mały gnojku nie słuchasz jak ci się coś mówi. To, że przychodzisz naćpany w cztery dupy, nie kontaktujesz i pierdolisz od rzeczy zdzierżę. Ale nie zdzierżę przyprowadzania ździr do mojego domu i robienia z niego burdelu! Rozumiesz mały skurwielu? Jeszcze raz, a wypierdolę cię z domu.-Dye starał się być spokojny, w sytuacji kiedy przyprowadza dziecko do domu, które ledwo co zostało pobite, ale kiedy Matt przychodzi znów naćpany i to jeszcze z jakąś dziwką przyprawiło go o białą gorączkę. Kochał brata, zajmował się nim od gówniarza, ale nie będzie akceptował czegoś takiego. Matt bardzo dobrze wiedział jakie życie prowadzi Dye i sprowadzanie uwagi na ich mieszkanie nie skończyłoby się dobrze.
Rzucił nim na ziemię i warknął.- Ogarnij się ćpunie i nie próbuj mi dzisiaj wyjść z pokoju. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Wrócił do łazienki, zapukał i ją otworzył starając się wyglądać na uspokojonego.
- Wszystko w porządku?-Noel kiwnął głową, nie widać po nim było żeby ta sytuacja aż tak bardzo go poruszyła. Chyba naprawdę mało co słyszał, albo był przyzwyczajony. Wolał aby nie miał racji co do tego drugiego.
Ogarnął chłopca, podał herbatę i zrobił coś do jedzenia. Westchnął cicho widząc, że młody prawie niczego nie ruszył, ale co poradzi? Nie zmusi go. Nie miał zamiaru dłużej napierać na wydobywanie z chłopca jakiś informacji, był wykończony. Chyba nawet tak samo jak Dye, obydwoje powinni odpocząć. Dye jednak był święcie przekonany, że znów nie zaśnie, pomimo tak wielkiego zmęczenia. Powieki miał sine, a spojrzenie matowe. Położył Noela w swoim łóżku i wyszedł z pokoju aby wrócić do pracy, którą co raz częściej przenosił do domu. Siadł na skórzanej sofie, a na szklany stolik rzucił teczki z kartoteką nowej ofiary i zleceniodawcy. Nigdy nie przyjmował zleceń od ludzi, o których nic nie wiedział. W wypadku, gdyby zleceniodawca był zagrożeniem dla Dye czy jego brata, zamiast ofiary musiałby odstrzelić jego.
- No to powiedz mi kim jesteś kolejny chuju...-Powiedział sam do siebie. Takie gadanie weszło mu już całkiem w nawyk i zapewne nie wyjdzie. Matt? Z Mattem od pewnego czasu nie idzie w ogóle się dogadać, a jak już coś się mu powie to zapomina w momencie kiedy trzeźwieje. Nie, może w ogóle nic do niego nigdy nie dochodzi nawet jak jest naćpany. Czy może dalej trzeźwy? Dye już nie wiedział i nie interesowało go to, bo chwilami czuł jakby stracił obowiązek zajmowania się młodszym bratem. Kto wie? Może nawet dałby mu zginąć lub zaginąć? To nie myśli na teraz, skupił się na aktach jednocześnie wsłuchując w ciszę panującą w jego sypialni. Dzieciak spał, chociaż tyle.
Noel spędził w domu Dye tydzień. Zaczął trochę więcej się odzywać, nie był płochliwy i szanował Dye. To było dziwne, ale bordowowłosy miał takie przeczucie, że chłopiec po prostu w niesamowicie szybkim czasie mu zaufał. Zaufać? Mu? Koleś, który zabił więcej ludzi niż mógł spamiętać, wychowujący brata ćpuna. Mordował nie tylko mężczyzn ale i kobiety, czy dzieci. W końcu są dwa rodzaje morderców. Ci, którzy zostawiają świadków i ci, którzy wychodzą z sytuacji jak duchy. To wszystko dla kasy. Taki potwór, a jednak zaufało mu dziecko. Dziecko niewinne i skrzywdzone, podobne do niego. Dye nigdy nikomu nie opowiadał o swojej przeszłości jednak pamiętał ją doskonale i wiedział, że dzięki niej mają z Noelem coś wspólnego.
Zbliżało się nowe zlecenie, kilkudniowe. Dye mógł zostawić Noela samego w mieszkaniu, w końcu Matta od paru dni nie było. Pytanie teraz, co zrobi jak ten ćpun wróci? Nie zostawi dziecka z tym wariatem, który ostatnio natarł z nożem na dwie dziwki. Był świadom tego, że Noel miał nie małe problemy w domu, ale wolał aby się trochę pomęczył niż był zadźgany przez jego brata. Fakt, że odsyła go do domu wprawiał go w co raz większe poczucie winy. Nie chciał, ale musiał. Nie zabierze go ze sobą.
Jakoś udało mu się wydobyć z Noela adres do jego mieszkania, dzięki głupim obietnicą, które mogą się nie spełnić. Podwiózł go pod podany adres i patrzył ze złością jak chłopiec wchodzi za próg swoich drzwi.
- Kurwa.-Dość szybko odjechał żeby tam nie wpaść i nie wyrwać dzieciaka. Nie mógł, cholera nie mógł.
Dye nie wytrzymywał z myślą, że Noel może przeżywać taki ból w tamtym domu. Nie mógł go zabrać ale za każdym razem kiedy wracał do domu, wyrywał chłopca z tego chorego otoczenia. Zajmował się i nie dawał krzywdzić. Chyba nawet się przyzwyczajał do tego dziecka. Traktował go jak młodszego brata, który potrzebuje chociaż trochę spokoju i ciepła. Dawał mu to tylko po to aby chwilę później znów pakować go do piekła. Konsekwencje były okropne, za każdym razem Noel mówił co raz mniej, wyglądał co raz gorzej a Jeremy nie był w stanie nic z tym zrobić. Zabierał go na co raz dłużej szczególnie wtedy kiedy Matt nie pokazywał się w domu. Zapoznawanie tych dwóch - Matta i Noela - To byłby głupi pomysł. Czasem się wyminęli ale Matt był zbyt naćpany aby zapamiętać chłopca, młody natomiast nigdy się do niego nie odzywał. Dye miał przeczucie, że czarnowłosy chłopiec już do nikogo po za nim się nie odzywa. Niestety, końcu nawet przestał do niego.
Tak mijały miesiące. Robota, zacieranie śladów, brat ćpun i zabieranie do siebie Noela. Dye nie był typem takim jakim był jego brat. Nie potrzebował dziwek, rozrywki czy pijaństwa. Ćpał, jednak nie zachowywał się jak Matt i robił to tylko po to aby wytrzymać w pracy. No a na to co robi teraz Matt, nigdy nie miał czasu.
Pewnego razu doszło do konfrontacji między tymi dwoma, Noelem i Mattem. Doszło do tego w momencie kiedy Matt się otrząsnął. Policja siedziała mu na grzbiecie, ledwo co udawało mu się z tego wywinąć. Przy okazji. Kto inny by mu wtedy pomógł jak nie Dye? Zawsze był za bratem i Matt chyba pierwszy raz to docenił. Próbował odstawić dragi, ogarnąć się i nie sprowadzać na siebie uwagi. Zaczął po sobie sprzątać te wszystkie krwawe brudy, a Dye nareszcie miał trochę spokoju. Natomiast konfrontacja Noela i Matta nie skończyła się niczym nadzwyczajnym. Nie odzywali się do siebie, Matt nie pytał, Noel nie odpowiadał. Dye twierdził, że to dobre. Nie muszą, tak było lepiej. No a z czasem ci dwaj znów zaczęli się kompletnie mijać, bo Dye miał co raz większe problemy z robotą. Noela praktycznie w ogóle nie widywał, ale nie zapominał. Noel zamknął się w sobie, ale nie uciekał przed Jeremym. Miało się tak ciągnąć do chwili, w której piętnastoletni Noel brutalnie zamordował swoich rodziców. Dye z Mattem mu pomogli, zajęli się ciałami, postarali się aby nie zostało śladów. I wtedy Jeremy nie widział innej opcji, zabrał Noela. Dzieciaka przepełnionego pragnieniem zadość uczynienia, które Dye starał się minimalizować. Ale było co raz ciężej, Noel znikał a wraz z jego zniknięciami jego całe drzewko genealogiczne co raz bardziej się zmniejszało. Dye po nim sprzątał i starał się zapanować, ale nie było łatwo. Ten dzieciak nie miał już niczego w środku, odebrano mu każde uczucie. Jednak Dye, nigdy go nie opuszczał.
Aktualnie
- Kurwa Dye!-Dye spojrzał w stronę brata nie rozumiejąc tej nagłej paniki.- Noela nie ma.-Niczego więcej nie potrzebował, zerwał się z fotela, założył buty, wziął klucze i wybiegł z domu. Wiedział gdzie jest młody i wolał się pośpieszyć. Nawet nie czekał na Matta, nie miał czasu.
Dźwięk kołysanki roznosił się po całym pomieszczeniu. Czarnowłosy chłopak wsłuchiwał się w tą uspokajającą melodię. Mógł przy niej zasnąć, odpłynąć. Czuł się... wolny. Zakończył w końcu to co rozpoczął mordując rodziców, po prostu zakończył. Słyszał jak ktoś wdarł się do mieszkania, słyszał nawoływanie. Dye, Dye go szukał. Ten dalej przebywał w błogim stanie słuchając kołysanki, a kiedy Dye wszedł do pokoju, Noel tylko lekko odchylił głowę. Tak jakby samym spojrzeniem chciał się przywitać i pokazać mu, że jest już dobrze. Jeremy spojrzał w kierunku łóżeczka. Leżało tam dziecko z wbitym nożem w krtań. Krew zalała pościel i niebieski kocyk, nawet misia spoczywającego zaraz koło małego Davida.
- To już wszyscy Dye, już wszyscy.-Każdy krewny Noela, zabity.
Dye zaniemówił, a ta kołysanka zaczęła się nieprzyjemnie wwiercać w jego umysł.
- To już wszyscy...
poniedziałek, 17 marca 2014
Surrender to wake up and survive. Part 1
Część pierwsza.
Smukła postać okryta czarną płachtą, z twarzą brudną od dwóch blizn jednakże jaką piękną. Piękniejszy niż nie jedna kobieta, urokliwy jak porcelanowa lalka, a oczy złote i przepełnione mętną pustką. Cera blada jak skrawek białego papieru, a półdługie kosmyki o kolorze wyblakłej słomy. Pełne usta, długie rzęsy.
Tak nieskazitelny i bezlitosny, pokonywał drogę jednego z najpaskudniejszych miejsc graniczących między piekłem a niebem. Czym bardziej zagłębiano się w zakamarki tego pustkowia, słyszeć można co raz więcej uporczywych i mrożących krew w żyłach szeptów. Nie były one jednak złudą, były tym, co otaczało go dookoła. Gdzieniegdzie ukradkiem można było ujrzeć jak po skalistych ścianach spowitych granatem oraz cyjanem, przemieszczały się na pierwszy rzut oka istoty podobne do człowieka. Brudne, blade oraz spragnione ofiary. Nie śmiały jednak zaatakować pięknego chłopaka, bo czuły najzwyczajniejszy w świecie respekt. Albowiem potęga jego, wręcz przytłaczała.
Ciągnął za szyję, błagającego o litość anioła. Ofiara w jego dłoni, trzymała mocno jego rękę aby się nie udusić, co i tak było nie lada wysiłkiem. Czarne i dość długie kosmyki, zalane potem przerażenia. Rozlatane zielone oczy, dokładnie widzące każde paskudztwo, dookoła nich.
- Co to jest do cholery...-Niepewny oraz niepodobnie cichy ton głosu, zadał pytanie wydające się z biegiem chwili pytaniem retorycznym. Przyzwyczaił się, że blondyn nie zawsze mu odpowiadał. Nie był za przyjemną osobowością, chociaż parę osób, które zdążył poznać w tym miejscu wspominało o czasach kiedy urok tego anioła był powalający.- Ohydne.-Zaczesał włosy i trzymał się równym truchtem z jasnowłosym aniołem, nie miał odwagi zwolnić.
Dotarli na miejsce i dopiero wtedy jasnowłosy chłopak, puścił ciemnowłosego anioła.
- Nie próbuj uciekać, to nie ma sensu.-Ton głosu miał spokojny oraz melodyjny.
- Dlaczego szliśmy z nim aż tutaj?-Podążający za blondynem chłopak, zadał pytanie. Po raz kolejny nie doczekał się żadnego odzewu.- Angra?-Nacisnął, ponieważ tym razem zależało mu na odpowiedzi.
- Anielskie prawa są skomplikowane, w tym natomiast miejscu prawo nie obowiązuje.-Wytłumaczył oschle i zwięźle.
- Czyli?
- Czyli można go bezkarnie rozpruć.-Towarzyszący aniołowi chłopak, wiedział ile brudnej roboty Angra odwala, z każdym jednym jednak razem otulało go co raz chłodniejsze uczucie. Czasami nawet zadawał sobie pytanie, jak coś tak pięknego może być tak bezlitosne?
- Valery, błaga...-Skamlący anioł momentalnie urwał, kiedy poczuł ucisk na swojej szyi. Angra go jednak nie dotykał, nawet się do niego nie przysunął, Angra po prostu był samoistną potęgą.
- Valery?-Towarzysz zmarszczył brwi, nigdy nie słyszał tego imienia.
- Radzę ci tego nie powtarzać drugi raz.-Powiedział to tonem tak chłodnym, że Matt zrozumiał bez bicia ile może kosztować go kolejne słowo. Nagle przypomniała mu się rozmowa z Urielem.
Mężczyzna w barwie bieli, odpalił papierosa. Zaciągnął się, wypuścił dym i pozwolił wkraść się na swe usta uśmiechowi.
- Na pewno chcesz o niego pytać?-W głosie Uriela było coś tajemniczego, coś czego Matt nie był pewny czy chce odkrywać. Zawahał się przez to i głęboko namyślił, czy ten temat powinien podlec kontynuacji. Uriel jednak zadecydował za niego.- Chociaż, pracujesz z nim. Jesteś jego podopiecznym, twój opiekun nie powinien być dla ciebie skrytą kartą.-Matt spuścił swój brązowy wzrok.- Swoją drogą zmieniłeś się.-Wcześniej brązowooki by odpyskował, tym razem zabrakło mu odwagi.- Nie pyskujesz, jesteś mniej pewny siebie.-Przyjrzał się dokładnie ludzkiemu chłopakowi.- Nabierasz respektu do tego miejsca, podobnie do twojego brata.
- Dye.-Szepnął pod nosem.
- Doszły mnie słuchy, że parę osób poopowiadało ci o tym jaka urokliwa kiedyś była nasza anielska laleczka.-Uśmiechnął się w tak cyniczny sposób, że Matthew nawet nie miał zamiaru na niego spoglądać.- Był kiedyś jak melodia najpiękniejszych chórów, powiew wiatru na polanach pełnych pegazów. Angra był kiedyś poezją. Chociaż.-Nawet z twarzy Uriela, uśmiech teraz zanikł.- Nie jestem pewien, czy dzisiaj o tym nawet pamięta.
- Dlaczego?
- Zabito go.-Powiedział bez namysłu, jednak był pewien powagi swoich słów. Młody chłopak zmarszczył brwi, nie zrozumiał z tego ani trochę.- Zabito jego ducha, jego uczucia, odruchy takie jak współczucie, litość czy empatia. Drogi chłopcze, nie ma miejsca na ziemi, które można by określić piekłem.-Wiedział dobrze, co mówi.- Piekło, to coś co można przeżyć, nie uznając tego za przyziemne. Nie wiem, jakim cudem on jeszcze stoi na nogach, ale piekło stało się jego drugim imieniem. Imieniem, które zastąpiło imię jego słabości.-Ubrał na twarzy uśmiech, nie pasujący do tej rozmowy.- Ale czy nie jest to powinnością, kiedy rodzi się potęga?-Zaśmiał się.- On chyba nadal jest poezją.-Spojrzał już w miarę normalny sposób, na Matthew'a.- Powiedz mi, ile masz lat?
- Dwadzieścia jeden.-Uriel wiedział, że jego opowieść, na pewno nie dojdzie do chłopaka na tyle ile powinna. Dwadzieścia jeden lat, co to było. Jego opiekun miał ponad tysiąc pięćset, a ta historia, którą ma zamiar mu opowiedzieć - jest o jego życiorysie.- O ile mnie pamięć nie zawodzi, na waszym ludzkim świecie dwadzieścia pięć lat to dożywocie. Ludzie są zamykani, izolowani od społeczeństwa, pozbawieni życia w świecie, który za kratkami wydaje im się azylem. Dwadzieścia pięć lat.
- Do czego zmierzasz.
- Przez tyle.-Zaciągnął się papierosem.- Angra był zniewolony i katowany, przez podrzędne demony.-Zdziwienie na twarzy Matt'a wymalowało się w ułamku sekundy. Potężny Angra, postać wręcz nietykalna - katowana?
- Jakim cudem?
- Myślisz, że wszyscy rodzą się czystą potęgą? Niektórzy walczą o to, topiąc się w prawdziwym gównie.-Powiedział to cichym tonem, tak aby znaczenie tych słów trafiło do Matta.
Paręset lat temu...
Zaciskał zęby, starając się nie jęczeć z bólu. Ucisk na jego włosach był silny i nieczuły. Policzki zalane łzami wyrzeźbiły przejrzyste ścieżki, w brudzie przylepionego do jego twarzy piachu. Tak brudny, zmarniały, pobity - nigdy taki nie był.
Pociągnął nosem, zdawał sobie sprawę, że jego ból fizyczny się rozpuścił. Rozwiał, z całym tym wirem grasujący nad jego obliczem. Jeszcze nigdy nie widział takiego pochmurnego nieba, takiego chłodnego wiatru, takiej nienawiści. Jego ciało, mimika twarzy, odruchy. Ciało grało, udawało, że cierpi. Cierpiała jednak dusza, spoglądając przez dwa złote lustra na postać idealną w jego ideologii. Tak bardzo przez niego kochaną, tak bardzo pożądaną przez pokaleczone serce, nawoływaną przez ból jego duszy. Dlaczego, dlaczego jego ideał patrzył z takim chłodem.
- Twoja dusza aniele, nie może być już ocalona. Zatracona zaś została, przez ducha z piekieł zrodzona.-Związane ręce się telepały, zalewał go pot, łzy znów napływały do złocistych oczu. Taka piękna istota, tak skrzywdzona, tak znienawidzona, tak znieważona.- Zatrutyś został przez ziarno demonów, przybłędą siejącą chaos w naszych ogrodach. Zniszczyłeś nasz spokój. Nie pasujesz do nas.-Mężczyzna mocno trzymający go za długie słomiane kosmyki, zwrócił się do ideału anioła.- Ty jesteś jego opiekunem, jaka jest twa decyzja?
- Nathaniel.-Za ulotne słowa, anioł został szarpnięty i przywołany do porządku. Zagryzł znów wargę, z której od dłuższego czasu spływała stróżka krwi. Ignorował to, ponieważ jego serce się waliło i czuł, że już nie było do poskładania.
- Valeriano Erasus.-Usłyszał swe pełne imię z ust Nathaniela.- Jako twój opiekun.-Nie jako opiekun, powtarzał sobie anioł w głowie.- Swymi słowami.-Nie wierzył, nie chciał wierzyć, nie po tym wszystkim, nie po tym czym żył.- Skazuję cię na wypędzenie.-Wszystko się rozpadło. Jak najpiękniejsze porcelanowe rękodzieło, niczym legiony Beliala, niczym słońce nad ziemią. Wszystko runęło, rozpadło się i nikt tego nie sklei.
- A więc postanowione.-Jeszcze kiedyś anioł by się wyrywał, ponieważ właśnie szedł na pewną śmierć. Walczyłby o siebie, bo miał dla kogo. Teraz jednak, stracił coś i nie potrafił do końca pojąc czym to jest. Stracił serce? Stracił sens? Gdzie jego cel? Kim jest?
Dusił się porażką swojego życia, a z amoku wyrwany został dopiero kiedy Nathaniel zezwolił go wypchnąć, do przepaści.- Dlaczego?-Zapytał jeszcze zanim grunt się zawalił i wysokość porwała go w dół. Wszystko w co wierzył, okazało się wszystkim co nie istnieje.
Zamknął oczy, liczył, że nie przeżyje. Liczył, że jego śmierć, zmyje jego przeklęte naznaczenie. Nawet nie starał się rozłożyć skrzydeł i opaść bez kontuzji, po prostu dobił. Sam myślał, że jest martwy, wyglądał na martwego. Zdziwił się jednak, kiedy jego powieki się uniosły, do jego uszu doszły szepty a wzrok wychwycił poruszające się po ścianach postacie.
Smukła postać okryta czarną płachtą, z twarzą brudną od dwóch blizn jednakże jaką piękną. Piękniejszy niż nie jedna kobieta, urokliwy jak porcelanowa lalka, a oczy złote i przepełnione mętną pustką. Cera blada jak skrawek białego papieru, a półdługie kosmyki o kolorze wyblakłej słomy. Pełne usta, długie rzęsy.
Tak nieskazitelny i bezlitosny, pokonywał drogę jednego z najpaskudniejszych miejsc graniczących między piekłem a niebem. Czym bardziej zagłębiano się w zakamarki tego pustkowia, słyszeć można co raz więcej uporczywych i mrożących krew w żyłach szeptów. Nie były one jednak złudą, były tym, co otaczało go dookoła. Gdzieniegdzie ukradkiem można było ujrzeć jak po skalistych ścianach spowitych granatem oraz cyjanem, przemieszczały się na pierwszy rzut oka istoty podobne do człowieka. Brudne, blade oraz spragnione ofiary. Nie śmiały jednak zaatakować pięknego chłopaka, bo czuły najzwyczajniejszy w świecie respekt. Albowiem potęga jego, wręcz przytłaczała.
Ciągnął za szyję, błagającego o litość anioła. Ofiara w jego dłoni, trzymała mocno jego rękę aby się nie udusić, co i tak było nie lada wysiłkiem. Czarne i dość długie kosmyki, zalane potem przerażenia. Rozlatane zielone oczy, dokładnie widzące każde paskudztwo, dookoła nich.
- Co to jest do cholery...-Niepewny oraz niepodobnie cichy ton głosu, zadał pytanie wydające się z biegiem chwili pytaniem retorycznym. Przyzwyczaił się, że blondyn nie zawsze mu odpowiadał. Nie był za przyjemną osobowością, chociaż parę osób, które zdążył poznać w tym miejscu wspominało o czasach kiedy urok tego anioła był powalający.- Ohydne.-Zaczesał włosy i trzymał się równym truchtem z jasnowłosym aniołem, nie miał odwagi zwolnić.
Dotarli na miejsce i dopiero wtedy jasnowłosy chłopak, puścił ciemnowłosego anioła.
- Nie próbuj uciekać, to nie ma sensu.-Ton głosu miał spokojny oraz melodyjny.
- Dlaczego szliśmy z nim aż tutaj?-Podążający za blondynem chłopak, zadał pytanie. Po raz kolejny nie doczekał się żadnego odzewu.- Angra?-Nacisnął, ponieważ tym razem zależało mu na odpowiedzi.
- Anielskie prawa są skomplikowane, w tym natomiast miejscu prawo nie obowiązuje.-Wytłumaczył oschle i zwięźle.
- Czyli?
- Czyli można go bezkarnie rozpruć.-Towarzyszący aniołowi chłopak, wiedział ile brudnej roboty Angra odwala, z każdym jednym jednak razem otulało go co raz chłodniejsze uczucie. Czasami nawet zadawał sobie pytanie, jak coś tak pięknego może być tak bezlitosne?
- Valery, błaga...-Skamlący anioł momentalnie urwał, kiedy poczuł ucisk na swojej szyi. Angra go jednak nie dotykał, nawet się do niego nie przysunął, Angra po prostu był samoistną potęgą.
- Valery?-Towarzysz zmarszczył brwi, nigdy nie słyszał tego imienia.
- Radzę ci tego nie powtarzać drugi raz.-Powiedział to tonem tak chłodnym, że Matt zrozumiał bez bicia ile może kosztować go kolejne słowo. Nagle przypomniała mu się rozmowa z Urielem.
Mężczyzna w barwie bieli, odpalił papierosa. Zaciągnął się, wypuścił dym i pozwolił wkraść się na swe usta uśmiechowi.
- Na pewno chcesz o niego pytać?-W głosie Uriela było coś tajemniczego, coś czego Matt nie był pewny czy chce odkrywać. Zawahał się przez to i głęboko namyślił, czy ten temat powinien podlec kontynuacji. Uriel jednak zadecydował za niego.- Chociaż, pracujesz z nim. Jesteś jego podopiecznym, twój opiekun nie powinien być dla ciebie skrytą kartą.-Matt spuścił swój brązowy wzrok.- Swoją drogą zmieniłeś się.-Wcześniej brązowooki by odpyskował, tym razem zabrakło mu odwagi.- Nie pyskujesz, jesteś mniej pewny siebie.-Przyjrzał się dokładnie ludzkiemu chłopakowi.- Nabierasz respektu do tego miejsca, podobnie do twojego brata.
- Dye.-Szepnął pod nosem.
- Doszły mnie słuchy, że parę osób poopowiadało ci o tym jaka urokliwa kiedyś była nasza anielska laleczka.-Uśmiechnął się w tak cyniczny sposób, że Matthew nawet nie miał zamiaru na niego spoglądać.- Był kiedyś jak melodia najpiękniejszych chórów, powiew wiatru na polanach pełnych pegazów. Angra był kiedyś poezją. Chociaż.-Nawet z twarzy Uriela, uśmiech teraz zanikł.- Nie jestem pewien, czy dzisiaj o tym nawet pamięta.
- Dlaczego?
- Zabito go.-Powiedział bez namysłu, jednak był pewien powagi swoich słów. Młody chłopak zmarszczył brwi, nie zrozumiał z tego ani trochę.- Zabito jego ducha, jego uczucia, odruchy takie jak współczucie, litość czy empatia. Drogi chłopcze, nie ma miejsca na ziemi, które można by określić piekłem.-Wiedział dobrze, co mówi.- Piekło, to coś co można przeżyć, nie uznając tego za przyziemne. Nie wiem, jakim cudem on jeszcze stoi na nogach, ale piekło stało się jego drugim imieniem. Imieniem, które zastąpiło imię jego słabości.-Ubrał na twarzy uśmiech, nie pasujący do tej rozmowy.- Ale czy nie jest to powinnością, kiedy rodzi się potęga?-Zaśmiał się.- On chyba nadal jest poezją.-Spojrzał już w miarę normalny sposób, na Matthew'a.- Powiedz mi, ile masz lat?
- Dwadzieścia jeden.-Uriel wiedział, że jego opowieść, na pewno nie dojdzie do chłopaka na tyle ile powinna. Dwadzieścia jeden lat, co to było. Jego opiekun miał ponad tysiąc pięćset, a ta historia, którą ma zamiar mu opowiedzieć - jest o jego życiorysie.- O ile mnie pamięć nie zawodzi, na waszym ludzkim świecie dwadzieścia pięć lat to dożywocie. Ludzie są zamykani, izolowani od społeczeństwa, pozbawieni życia w świecie, który za kratkami wydaje im się azylem. Dwadzieścia pięć lat.
- Do czego zmierzasz.
- Przez tyle.-Zaciągnął się papierosem.- Angra był zniewolony i katowany, przez podrzędne demony.-Zdziwienie na twarzy Matt'a wymalowało się w ułamku sekundy. Potężny Angra, postać wręcz nietykalna - katowana?
- Jakim cudem?
- Myślisz, że wszyscy rodzą się czystą potęgą? Niektórzy walczą o to, topiąc się w prawdziwym gównie.-Powiedział to cichym tonem, tak aby znaczenie tych słów trafiło do Matta.
Paręset lat temu...
Zaciskał zęby, starając się nie jęczeć z bólu. Ucisk na jego włosach był silny i nieczuły. Policzki zalane łzami wyrzeźbiły przejrzyste ścieżki, w brudzie przylepionego do jego twarzy piachu. Tak brudny, zmarniały, pobity - nigdy taki nie był.
Pociągnął nosem, zdawał sobie sprawę, że jego ból fizyczny się rozpuścił. Rozwiał, z całym tym wirem grasujący nad jego obliczem. Jeszcze nigdy nie widział takiego pochmurnego nieba, takiego chłodnego wiatru, takiej nienawiści. Jego ciało, mimika twarzy, odruchy. Ciało grało, udawało, że cierpi. Cierpiała jednak dusza, spoglądając przez dwa złote lustra na postać idealną w jego ideologii. Tak bardzo przez niego kochaną, tak bardzo pożądaną przez pokaleczone serce, nawoływaną przez ból jego duszy. Dlaczego, dlaczego jego ideał patrzył z takim chłodem.
- Twoja dusza aniele, nie może być już ocalona. Zatracona zaś została, przez ducha z piekieł zrodzona.-Związane ręce się telepały, zalewał go pot, łzy znów napływały do złocistych oczu. Taka piękna istota, tak skrzywdzona, tak znienawidzona, tak znieważona.- Zatrutyś został przez ziarno demonów, przybłędą siejącą chaos w naszych ogrodach. Zniszczyłeś nasz spokój. Nie pasujesz do nas.-Mężczyzna mocno trzymający go za długie słomiane kosmyki, zwrócił się do ideału anioła.- Ty jesteś jego opiekunem, jaka jest twa decyzja?
- Nathaniel.-Za ulotne słowa, anioł został szarpnięty i przywołany do porządku. Zagryzł znów wargę, z której od dłuższego czasu spływała stróżka krwi. Ignorował to, ponieważ jego serce się waliło i czuł, że już nie było do poskładania.
- Valeriano Erasus.-Usłyszał swe pełne imię z ust Nathaniela.- Jako twój opiekun.-Nie jako opiekun, powtarzał sobie anioł w głowie.- Swymi słowami.-Nie wierzył, nie chciał wierzyć, nie po tym wszystkim, nie po tym czym żył.- Skazuję cię na wypędzenie.-Wszystko się rozpadło. Jak najpiękniejsze porcelanowe rękodzieło, niczym legiony Beliala, niczym słońce nad ziemią. Wszystko runęło, rozpadło się i nikt tego nie sklei.
- A więc postanowione.-Jeszcze kiedyś anioł by się wyrywał, ponieważ właśnie szedł na pewną śmierć. Walczyłby o siebie, bo miał dla kogo. Teraz jednak, stracił coś i nie potrafił do końca pojąc czym to jest. Stracił serce? Stracił sens? Gdzie jego cel? Kim jest?
Dusił się porażką swojego życia, a z amoku wyrwany został dopiero kiedy Nathaniel zezwolił go wypchnąć, do przepaści.- Dlaczego?-Zapytał jeszcze zanim grunt się zawalił i wysokość porwała go w dół. Wszystko w co wierzył, okazało się wszystkim co nie istnieje.
Zamknął oczy, liczył, że nie przeżyje. Liczył, że jego śmierć, zmyje jego przeklęte naznaczenie. Nawet nie starał się rozłożyć skrzydeł i opaść bez kontuzji, po prostu dobił. Sam myślał, że jest martwy, wyglądał na martwego. Zdziwił się jednak, kiedy jego powieki się uniosły, do jego uszu doszły szepty a wzrok wychwycił poruszające się po ścianach postacie.
sobota, 15 lutego 2014
Sociopaths
Zaciągnął się papierosem, bazgrząc kolejną z niezrozumiałych abstrakcji. Sam nie wiedział co określa na tej kartce, co za cholera na tym wychodzi. Nie miało to sensu, jednak walały się setki takich kartek na jego podłodze.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk otwierających się drzwi do pokoju, nawet nie spojrzał w ich kierunku. Wiedział doskonale kto się zbliża.
- Kurwo, ojciec cię woła. I jak nie mówisz upośledzona pokrako, to chociaż słuchaj.-Czarnowłosy chłopak dalej bazgrał po kartce, nie wykazywał zainteresowania.- Zapierdolę cię jak się nie podniesiesz. Debilu wstań!-Warknęła, była chyba naćpana. Może pijana? Chuj wiedział.- A kto ci gówniarzu w ogóle pozwolił tutaj palić. Zgaś to albo ja ci zgaszę tego peta na twarzy. Zgasił papierosa o biurko, spojrzał na kartkę, długopis rzucił gdzieś w kąt. Westchnął zgniatają kartkę i rzucając ją na stertę innych nie potrzebnych papierów.- Śmieciarz.-Spoglądała na niego z pogardą, a kiedy był bliżej odwróciła się chcąc wyjść z pokoju pseudo syna. Chłopak czuł się znudzony i zdegustowany, nie przyśpieszył. Jego ręce jednak poruszyły się niczym światło. Wyciągnął kajdanki, wykręcił jej ręce, zakuł ją w nie i kopnął w plecy aby upadła na ziemię. Usłyszał jęknięcie bólu, które mało go zainteresowało.
- Posrańcu! Co ty sobie wyobrażasz!-Zaczęła się wydzierać. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ściągnie ona tym uwagę jego ojca. Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąc w stronę kuchni. Zanim jeszcze usłyszał reakcję ojca, wyciągnął dwa noże. Długi i szeroki, ostry jak brzytwa. Drugi był lekki, wąski i nie specjalnie długi. Większy złapał tą samą ręką, którą ciągnął matkę za włosy - lewą. Lżejszy ujął prawą. Nie bał się, nie drżał, nawet nie zatrzymał się na krok. Szedł w stronę pomieszczenia, w którym słyszał podnoszącego się ojca. Nie zważając na wrzaski cierpiącej matki, skupił się na otwierających się drzwiach do salonu. Postawny mężczyzna, stał w progu z agresywnym wyrazem twarzy, chciał krzyknąć. Jego syn nie czekał na jego słowa, szybkim ruchem ręki zakręcił nożem i z doskonałą precyzją rzucił go wbijając w ramie ojca. Ten wrzasnął. Kiedy mężczyzna skupił się na zadanym mu bólu, chłopak zdążył przełożyć większy nóż do drugiej ręki i dźgnąć go w podbrzusze. Ten ruch zachwiał mężczyzną. Upadł na ziemię.
- Noel... ty mała dziwko.-Spojrzenie Noela zaszczyciła ojca tylko na krótką chwilę. Znieważając agresję i wywody ojca, pchnął nogą jego ciało aby nie wadził. Musiał jakość przeciągnąć matkę do pomieszczenia. Puścił ją, schylił się nad okolicą jej kostek i podciął ścięgna. Nóg jej nie związał więc chciał się upewnić, że zdzira mu nie ucieknie. Poszedł zamknąć drzwi. Spojrzał na żenujący obraz dwóch pasożytów. Ojciec klął, matka naśladowała jego zachowanie. Nachylił się nad ojcem aby nieczule wyciągnąć nóż z jego ramienia, ledwo co unikając splunięcia. Uniósł brew i silnym zamachem kopnął ojca w twarz. Uciszył go tym na chwilę i zaoszczędził czas na to aby spiąć jego nadgarstki drugą parą kajdanek.
Nie było łatwo ale zaciągnął ciężkiego mężczyznę na sofę. To samo zrobił z matką, z którą poszło mu o wiele łatwiej. Niestety, był chłopakiem drobnej postury, do tego jego niechęć do jedzenia doprowadziła do wagi czterdziestu dziewięciu kilogramów przy wzroście metr siedemdziesiąt.
Pociągnął krzesło od stołu jadalnego na środek salonu. Ustawił je tak aby mieć dobry widok na rodziców. Zwrócił uwagę, że matka trochę za szybko się wykrwawia. Nie dobrze, musi jeszcze trochę ją utrzymać. Pokręcił bezradnie głową, wstał z niechęcią. Sięgnął po nóż, rozciął koszulkę ojca na dwa kawałki i mocno obwiązał dół łydek matki. Zaszczycił ją bezpośrednim spojrzeniem w jej oczy o kolorze czystego nieba. Jej twarz była piękna, miała powodzenie u mężczyzn. Piękne czekoladowe włosy dodawały jej uroku, no a ponoć brunetki są teraz w modzie. Drgnęła nerwowo. Bała się, dobrze.
- Wszyscy zawsze mówili ci, że jesteś taka piękna. Prawda?-Pierwszy raz od pół roku Noel się odezwał. Jego głos był spokojny, wręcz kojący. Zdziwił tym kobietę.- To zabawne, że zawsze porównywali moją twarz do twojej. Ponoć odziedziczyłem urodę po tobie. Jak na mnie mówili? Jaki ładny chłopiec.-Splunął na bok.- Obrzydliwe.-Wyciągnął mniejszy nóż.- Vanessa, skoro jesteśmy tacy podobni do siebie, czemu nie możemy być jeszcze bardziej?-Odgarnął jej ciemne włosy, brudnym od krwi nożem.- Pamiętasz jak twój chuj mi to zrobił?-Przejechał swoimi palcami po dwóch bliznach na twarzy. Udał zawiedzionego.- No i nie jesteśmy już tacy podobni. Mamo, ja chcę być taki jak ty, dokładnie taki sam.-Ujął mocniej nóż i zaczął bardzo powoli ciąć po jej twarzy w taki sam wzór, w jaki układały się blizny na jego twarzy. Ojciec, słyszał już jego wywody. Czyżby zależało mu na tej kobiecie?- Tato, przecież jesteś zasranym socjopatą.-Zaśmiał się.- Ją tylko dymałeś.-Odciągnął nóż od twarzy kobiety, która jęczała z bólu.
Uniósł się, założył ręce na piersi. Zaczął się bawić nożem.
- No i co ja mam z wami zrobić?
- Noel proszę...-Łgała przerażona. Spojrzał na nią wzrokiem zszokowanego psychopaty, zaczął się śmiać.
- Niech mnie diabeł zerżnie, Vanessa prosi. Ile to już czasy upłynęło od ostatniego ''proszę''?-Przysunął się do niej, oparł rękę o oparcie sofy. Jego i jej twarz dzieliły liche milimetry.- No ile apatyczna suko?-Ujął mocniej nóż.- Nie, ty nigdy tego nie powiedziałaś.-Wbił z całej siły nóż w jej brzuch. Zaczął nim kręcić i wsłuchiwać się w piękną melodię ułożoną z jej cierpiącego ujadania. Po dość długiej chwili zatrzymał nóż, przysunął się do jej policzka i ją pocałował.- Kochana mamusia.-Wysunął brutalnie ostrze, a krew zaczęła się lać.- Spokojnie, w piekle opowiesz mi jak pokutowałaś.
Zostawił ją aby powolnie umierała, wrócił do ojca. Itan robił się blady, stracił już trochę krwi.
- Nie wdzięczny gówniarz.
- Niewdzięczny gówniarz?
- Pierdolony morderca!-Noel spojrzał na niego rozczulony. Złapał za włosy i szarpnął je do tyłu. Patrzył drapieżnie w jego brązowe oczy, przystawił nóż do gardła.
- Tato, to ty mnie tego nauczyłeś.
- No dalej! Zabij mnie, o ile potrafisz!-Oczy chłopaka wywróciły się sugerując znudzenie i ignorancję.
- Poważnie, na tyle cię stać?-Zsunął nóż na jego klatkę piersiową.- Tylko na tyle?-Szepnął i zaczął ciągnąć nożem aż do jego pępka. Przyglądał się jak ojciec tłumi w sobie ból, stara się nie dać satysfakcji synowi.- Nudzisz mnie.-Prychnął.
- Nie umiesz... nawet zadać porządnego bólu.-Chciał tym zdenerwować swojego syna, jedyne co zrobił to wzbudził w nim irytację. Zakończyło się to naciskiem szczupłego kciuka na gałkę oczną, zgniótł ją. Wyciągnął kciuk i wytarł o pierś Itana.
- Ohydne.-Skrzywił się. Jęk bólu ojca, nie powstrzymał go. Noel to zignorował, nużyło go to.
Wstał idąc w stronę solniczki. Po drodze spojrzał na matkę, była już prawie po drugiej stronie. Zabrał solniczkę i rzucił ją na podłogę. Wylądowała pod stopami ojca, idealnie.
- Nudzisz mnie.-Skierował pozbawione emocji słowa. Wyciągnął nóż i zaczął rozcinać bebechy mężczyzny. Starał się robić to tak aby mężczyzna trochę jeszcze pożył. Rozsunął płaty skóry i złapał za szklany pojemniczek z solą. Odkręcił jego wieczko i nie pierdoląc się, wysypał wszystko do wnętrza ojca. Wrzask, przeraźliwy wrzask.
Wyciągnął papierosy i zapalniczkę z kieszeni ojca, wrócił na krzesło, odpalił fajkę, zaciągnął się i podziwiał teatralne przedstawienie.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk otwierających się drzwi do pokoju, nawet nie spojrzał w ich kierunku. Wiedział doskonale kto się zbliża.
- Kurwo, ojciec cię woła. I jak nie mówisz upośledzona pokrako, to chociaż słuchaj.-Czarnowłosy chłopak dalej bazgrał po kartce, nie wykazywał zainteresowania.- Zapierdolę cię jak się nie podniesiesz. Debilu wstań!-Warknęła, była chyba naćpana. Może pijana? Chuj wiedział.- A kto ci gówniarzu w ogóle pozwolił tutaj palić. Zgaś to albo ja ci zgaszę tego peta na twarzy. Zgasił papierosa o biurko, spojrzał na kartkę, długopis rzucił gdzieś w kąt. Westchnął zgniatają kartkę i rzucając ją na stertę innych nie potrzebnych papierów.- Śmieciarz.-Spoglądała na niego z pogardą, a kiedy był bliżej odwróciła się chcąc wyjść z pokoju pseudo syna. Chłopak czuł się znudzony i zdegustowany, nie przyśpieszył. Jego ręce jednak poruszyły się niczym światło. Wyciągnął kajdanki, wykręcił jej ręce, zakuł ją w nie i kopnął w plecy aby upadła na ziemię. Usłyszał jęknięcie bólu, które mało go zainteresowało.
- Posrańcu! Co ty sobie wyobrażasz!-Zaczęła się wydzierać. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ściągnie ona tym uwagę jego ojca. Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąc w stronę kuchni. Zanim jeszcze usłyszał reakcję ojca, wyciągnął dwa noże. Długi i szeroki, ostry jak brzytwa. Drugi był lekki, wąski i nie specjalnie długi. Większy złapał tą samą ręką, którą ciągnął matkę za włosy - lewą. Lżejszy ujął prawą. Nie bał się, nie drżał, nawet nie zatrzymał się na krok. Szedł w stronę pomieszczenia, w którym słyszał podnoszącego się ojca. Nie zważając na wrzaski cierpiącej matki, skupił się na otwierających się drzwiach do salonu. Postawny mężczyzna, stał w progu z agresywnym wyrazem twarzy, chciał krzyknąć. Jego syn nie czekał na jego słowa, szybkim ruchem ręki zakręcił nożem i z doskonałą precyzją rzucił go wbijając w ramie ojca. Ten wrzasnął. Kiedy mężczyzna skupił się na zadanym mu bólu, chłopak zdążył przełożyć większy nóż do drugiej ręki i dźgnąć go w podbrzusze. Ten ruch zachwiał mężczyzną. Upadł na ziemię.
- Noel... ty mała dziwko.-Spojrzenie Noela zaszczyciła ojca tylko na krótką chwilę. Znieważając agresję i wywody ojca, pchnął nogą jego ciało aby nie wadził. Musiał jakość przeciągnąć matkę do pomieszczenia. Puścił ją, schylił się nad okolicą jej kostek i podciął ścięgna. Nóg jej nie związał więc chciał się upewnić, że zdzira mu nie ucieknie. Poszedł zamknąć drzwi. Spojrzał na żenujący obraz dwóch pasożytów. Ojciec klął, matka naśladowała jego zachowanie. Nachylił się nad ojcem aby nieczule wyciągnąć nóż z jego ramienia, ledwo co unikając splunięcia. Uniósł brew i silnym zamachem kopnął ojca w twarz. Uciszył go tym na chwilę i zaoszczędził czas na to aby spiąć jego nadgarstki drugą parą kajdanek.
Nie było łatwo ale zaciągnął ciężkiego mężczyznę na sofę. To samo zrobił z matką, z którą poszło mu o wiele łatwiej. Niestety, był chłopakiem drobnej postury, do tego jego niechęć do jedzenia doprowadziła do wagi czterdziestu dziewięciu kilogramów przy wzroście metr siedemdziesiąt.
Pociągnął krzesło od stołu jadalnego na środek salonu. Ustawił je tak aby mieć dobry widok na rodziców. Zwrócił uwagę, że matka trochę za szybko się wykrwawia. Nie dobrze, musi jeszcze trochę ją utrzymać. Pokręcił bezradnie głową, wstał z niechęcią. Sięgnął po nóż, rozciął koszulkę ojca na dwa kawałki i mocno obwiązał dół łydek matki. Zaszczycił ją bezpośrednim spojrzeniem w jej oczy o kolorze czystego nieba. Jej twarz była piękna, miała powodzenie u mężczyzn. Piękne czekoladowe włosy dodawały jej uroku, no a ponoć brunetki są teraz w modzie. Drgnęła nerwowo. Bała się, dobrze.
- Wszyscy zawsze mówili ci, że jesteś taka piękna. Prawda?-Pierwszy raz od pół roku Noel się odezwał. Jego głos był spokojny, wręcz kojący. Zdziwił tym kobietę.- To zabawne, że zawsze porównywali moją twarz do twojej. Ponoć odziedziczyłem urodę po tobie. Jak na mnie mówili? Jaki ładny chłopiec.-Splunął na bok.- Obrzydliwe.-Wyciągnął mniejszy nóż.- Vanessa, skoro jesteśmy tacy podobni do siebie, czemu nie możemy być jeszcze bardziej?-Odgarnął jej ciemne włosy, brudnym od krwi nożem.- Pamiętasz jak twój chuj mi to zrobił?-Przejechał swoimi palcami po dwóch bliznach na twarzy. Udał zawiedzionego.- No i nie jesteśmy już tacy podobni. Mamo, ja chcę być taki jak ty, dokładnie taki sam.-Ujął mocniej nóż i zaczął bardzo powoli ciąć po jej twarzy w taki sam wzór, w jaki układały się blizny na jego twarzy. Ojciec, słyszał już jego wywody. Czyżby zależało mu na tej kobiecie?- Tato, przecież jesteś zasranym socjopatą.-Zaśmiał się.- Ją tylko dymałeś.-Odciągnął nóż od twarzy kobiety, która jęczała z bólu.
Uniósł się, założył ręce na piersi. Zaczął się bawić nożem.
- No i co ja mam z wami zrobić?
- Noel proszę...-Łgała przerażona. Spojrzał na nią wzrokiem zszokowanego psychopaty, zaczął się śmiać.
- Niech mnie diabeł zerżnie, Vanessa prosi. Ile to już czasy upłynęło od ostatniego ''proszę''?-Przysunął się do niej, oparł rękę o oparcie sofy. Jego i jej twarz dzieliły liche milimetry.- No ile apatyczna suko?-Ujął mocniej nóż.- Nie, ty nigdy tego nie powiedziałaś.-Wbił z całej siły nóż w jej brzuch. Zaczął nim kręcić i wsłuchiwać się w piękną melodię ułożoną z jej cierpiącego ujadania. Po dość długiej chwili zatrzymał nóż, przysunął się do jej policzka i ją pocałował.- Kochana mamusia.-Wysunął brutalnie ostrze, a krew zaczęła się lać.- Spokojnie, w piekle opowiesz mi jak pokutowałaś.
Zostawił ją aby powolnie umierała, wrócił do ojca. Itan robił się blady, stracił już trochę krwi.
- Nie wdzięczny gówniarz.
- Niewdzięczny gówniarz?
- Pierdolony morderca!-Noel spojrzał na niego rozczulony. Złapał za włosy i szarpnął je do tyłu. Patrzył drapieżnie w jego brązowe oczy, przystawił nóż do gardła.
- Tato, to ty mnie tego nauczyłeś.
- No dalej! Zabij mnie, o ile potrafisz!-Oczy chłopaka wywróciły się sugerując znudzenie i ignorancję.
- Poważnie, na tyle cię stać?-Zsunął nóż na jego klatkę piersiową.- Tylko na tyle?-Szepnął i zaczął ciągnąć nożem aż do jego pępka. Przyglądał się jak ojciec tłumi w sobie ból, stara się nie dać satysfakcji synowi.- Nudzisz mnie.-Prychnął.
- Nie umiesz... nawet zadać porządnego bólu.-Chciał tym zdenerwować swojego syna, jedyne co zrobił to wzbudził w nim irytację. Zakończyło się to naciskiem szczupłego kciuka na gałkę oczną, zgniótł ją. Wyciągnął kciuk i wytarł o pierś Itana.
- Ohydne.-Skrzywił się. Jęk bólu ojca, nie powstrzymał go. Noel to zignorował, nużyło go to.
Wstał idąc w stronę solniczki. Po drodze spojrzał na matkę, była już prawie po drugiej stronie. Zabrał solniczkę i rzucił ją na podłogę. Wylądowała pod stopami ojca, idealnie.
- Nudzisz mnie.-Skierował pozbawione emocji słowa. Wyciągnął nóż i zaczął rozcinać bebechy mężczyzny. Starał się robić to tak aby mężczyzna trochę jeszcze pożył. Rozsunął płaty skóry i złapał za szklany pojemniczek z solą. Odkręcił jego wieczko i nie pierdoląc się, wysypał wszystko do wnętrza ojca. Wrzask, przeraźliwy wrzask.
Wyciągnął papierosy i zapalniczkę z kieszeni ojca, wrócił na krzesło, odpalił fajkę, zaciągnął się i podziwiał teatralne przedstawienie.
czwartek, 13 lutego 2014
Session 1
Od dawna nie było słychać w tym ośrodku tego, co rozbijało się po ścianach dzisiejszego dnia. Wrzaski przepełnione gniewem, bluźnierstwa, groźby. Słychać było jak ktoś się szarpie na korytarzu. Upada na ziemie, zaraz potem go podnoszą.
Kobieta w białym fartuchu wyjrzała na korytarz, widziała sylwetkę niewielkiej osoby. Ciemne włosy, blado sina cera, zadrapania na twarzy i na szyi. Dwaj więksi od niej mężczyźni próbowali zaciągnąć ją do jednego z pomieszczeń, nie było im łatwo. Ich pierwszą regułą było nie wdawanie się w konwersację z pacjentami, jeden jednak nie wytrzymał.
- Ucisz się albo cię uśpimy!-Warknął. Czyżby myślał, że poskutkuje? Jak bardzo się mylił. Dziewczyna w ich objęciach zaczęła się śmiać i szydzić.
- A wtedy będę śnić jak zdzieram z ciebie skórę kutasie!
Po niedługiej chwili udało im się zaciągnąć dziewczynę do jej pokoju. Kobieta w fartuchu jeszcze długo patrzyła na miejsce zdarzenia, wyrwał ją jednak głos szefa oddziału.
- Evo pozwól.-Odwróciła się.
- Tak?-Odchrząknął i spojrzał na nią, w oczach zaiskrzyła powaga.
- Nie dało się nie usłyszeć tego zajścia.-Spojrzał jeszcze na drzwi za swoją pracownicą.- Gdybyś mogła jej zamknąć.
- Oczywiście.-Natychmiast spełniła prośbę i przysiadła się przed biurkiem szefa.
- Nowa pacjenta. Abigail Lily Wade. Nie pamięta ani swojego imienia, ani nazwiska. Nie lubi też starań przypomnienia jej tego, reaguje wręcz agresywnie. Tak więc nie używamy żadnego imienia, przydomku, chociażby liczby czy samogłoski. Problemy psychiczne u jej osoby nastąpiły sześć lat temu.-Kobieta słuchała w skupieniu.- Wpierw nieczęste wizyty u psychologa, psychiatra. Jedna, druga, trzecia i nawet czwarta klinika. Dwa lata temu zaraz po tym jak stwierdzono u niej nie poczytalność, brutalnie zamordowała dwoje nastolatków. Tępym nożem. Ciała znaleziono już na drugi dzień. Siedziała przy ich martwych ciałach, jedyną reakcją następująca u jej osoby było rozbawienie. Nie starała się uciekać, do dzisiaj nie odczuwa skruchy. Zostaje w przekonaniu, że jej czyn był słuszny.
- Jakie jest rozpoznanie.-Westchnął.
- Właśnie w tym jest problem. Schizofrenia, rozdwojenie jaźni, depresja maniakalna. Nie jesteśmy w stanie postawić konkretnej diagnozy. Często rozmawia ze sobą, kiedyś przepłakiwała każdą noc, od roku nie uroniła ani jednej łzy. Z chwili na chwilę zapomina co raz więcej, wyrzuca z siebie co raz więcej ludzkich odruchów. Empatia, współczucie, zainteresowanie jest jej obce. Przejawia wysoki stopień agresji.
- Rozumiem, że oczekuje pan jednego.
- Liczę na ciebie Devine.-Skinęła głową.
Tydzień później
Od tygodnia dawka leków uspokajających została zwiększonych. Przyjmowała także leki otumaniające, aby nie miała siły na nocne rozdrapywanie swoich ran po okaleczaniach. Drugim powodem było ułatwienie personelowi przeprowadzanie jej z miejsca na miejsce.
Usadzili na fotelu, przypięli i zostawili. Wyglądała jakby spała, była jednak rozkojarzona i potocznie - naćpana.
- Witaj, nazywam się Rose Devine.-Skłamała względem swego imienia, miała w tym jednak cel.
- Jakby mnie to kurwa obchodziło.-Pomimo braku sił udało jej się wysyczeć obrazę. Specjalistka nie poczuła się urażona, bardziej zaciekawiona.
- Jak przypuszczam, wiesz kim jestem.
- Oczywiście...-Powiedziała cichym tonem.- Kolejną pustą idiotką, żyjącą w złudzie, że wpieprzy mi do głowy zasrane farmazony o odmianie mojej osoby. Spluwam na to.-Eva się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że wiesz kim jestem.-Dziewczyna nie odpowiadała, nie miała siły.
- Chciałabyś mi opowiedzieć o sobie.-Odpowiedziało jej milczenie.- Widzę, że nie jesteś jednak na siłach. Dobrze, nie będę cię męczyć. Pozwól mi na koniec zadać tylko jedno pytanie.-Przed zapytaniem zanotowała parę informacji.- Jak się nazywasz, pa...
- Pierdol się pierdol... Myślisz, że kurwa interesuje mnie twoja troska. Wsadź ją sobie w dupę, wróć do domu pasożycie.-Agresja dziewczyny nie wyprowadzała jej z równowagi.
- Cieszę się, że mogłam cię poznać moja droga.
Nacisnęła na coś pod biurkiem, zapisała jedną, krótką notatkę i odłożyła długopis. Pierwsza sesja zawsze jest krótka, chociażby w takich sytuacjach jak ta.
Kobieta w białym fartuchu wyjrzała na korytarz, widziała sylwetkę niewielkiej osoby. Ciemne włosy, blado sina cera, zadrapania na twarzy i na szyi. Dwaj więksi od niej mężczyźni próbowali zaciągnąć ją do jednego z pomieszczeń, nie było im łatwo. Ich pierwszą regułą było nie wdawanie się w konwersację z pacjentami, jeden jednak nie wytrzymał.
- Ucisz się albo cię uśpimy!-Warknął. Czyżby myślał, że poskutkuje? Jak bardzo się mylił. Dziewczyna w ich objęciach zaczęła się śmiać i szydzić.
- A wtedy będę śnić jak zdzieram z ciebie skórę kutasie!
Po niedługiej chwili udało im się zaciągnąć dziewczynę do jej pokoju. Kobieta w fartuchu jeszcze długo patrzyła na miejsce zdarzenia, wyrwał ją jednak głos szefa oddziału.
- Evo pozwól.-Odwróciła się.
- Tak?-Odchrząknął i spojrzał na nią, w oczach zaiskrzyła powaga.
- Nie dało się nie usłyszeć tego zajścia.-Spojrzał jeszcze na drzwi za swoją pracownicą.- Gdybyś mogła jej zamknąć.
- Oczywiście.-Natychmiast spełniła prośbę i przysiadła się przed biurkiem szefa.
- Nowa pacjenta. Abigail Lily Wade. Nie pamięta ani swojego imienia, ani nazwiska. Nie lubi też starań przypomnienia jej tego, reaguje wręcz agresywnie. Tak więc nie używamy żadnego imienia, przydomku, chociażby liczby czy samogłoski. Problemy psychiczne u jej osoby nastąpiły sześć lat temu.-Kobieta słuchała w skupieniu.- Wpierw nieczęste wizyty u psychologa, psychiatra. Jedna, druga, trzecia i nawet czwarta klinika. Dwa lata temu zaraz po tym jak stwierdzono u niej nie poczytalność, brutalnie zamordowała dwoje nastolatków. Tępym nożem. Ciała znaleziono już na drugi dzień. Siedziała przy ich martwych ciałach, jedyną reakcją następująca u jej osoby było rozbawienie. Nie starała się uciekać, do dzisiaj nie odczuwa skruchy. Zostaje w przekonaniu, że jej czyn był słuszny.
- Jakie jest rozpoznanie.-Westchnął.
- Właśnie w tym jest problem. Schizofrenia, rozdwojenie jaźni, depresja maniakalna. Nie jesteśmy w stanie postawić konkretnej diagnozy. Często rozmawia ze sobą, kiedyś przepłakiwała każdą noc, od roku nie uroniła ani jednej łzy. Z chwili na chwilę zapomina co raz więcej, wyrzuca z siebie co raz więcej ludzkich odruchów. Empatia, współczucie, zainteresowanie jest jej obce. Przejawia wysoki stopień agresji.
- Rozumiem, że oczekuje pan jednego.
- Liczę na ciebie Devine.-Skinęła głową.
Tydzień później
Od tygodnia dawka leków uspokajających została zwiększonych. Przyjmowała także leki otumaniające, aby nie miała siły na nocne rozdrapywanie swoich ran po okaleczaniach. Drugim powodem było ułatwienie personelowi przeprowadzanie jej z miejsca na miejsce.
Usadzili na fotelu, przypięli i zostawili. Wyglądała jakby spała, była jednak rozkojarzona i potocznie - naćpana.
- Witaj, nazywam się Rose Devine.-Skłamała względem swego imienia, miała w tym jednak cel.
- Jakby mnie to kurwa obchodziło.-Pomimo braku sił udało jej się wysyczeć obrazę. Specjalistka nie poczuła się urażona, bardziej zaciekawiona.
- Jak przypuszczam, wiesz kim jestem.
- Oczywiście...-Powiedziała cichym tonem.- Kolejną pustą idiotką, żyjącą w złudzie, że wpieprzy mi do głowy zasrane farmazony o odmianie mojej osoby. Spluwam na to.-Eva się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że wiesz kim jestem.-Dziewczyna nie odpowiadała, nie miała siły.
- Chciałabyś mi opowiedzieć o sobie.-Odpowiedziało jej milczenie.- Widzę, że nie jesteś jednak na siłach. Dobrze, nie będę cię męczyć. Pozwól mi na koniec zadać tylko jedno pytanie.-Przed zapytaniem zanotowała parę informacji.- Jak się nazywasz, pa...
- Pierdol się pierdol... Myślisz, że kurwa interesuje mnie twoja troska. Wsadź ją sobie w dupę, wróć do domu pasożycie.-Agresja dziewczyny nie wyprowadzała jej z równowagi.
- Cieszę się, że mogłam cię poznać moja droga.
Nacisnęła na coś pod biurkiem, zapisała jedną, krótką notatkę i odłożyła długopis. Pierwsza sesja zawsze jest krótka, chociażby w takich sytuacjach jak ta.
niedziela, 9 lutego 2014
Nameles part of infinity
To był dzień jak każdy inny. Cichy, neutralny, zwolniony. Mijała znajome, kompletnie znienawidzone twarze. Spoglądała gardzącym wzrokiem. Jak zawsze co chwilę pojawiały się wizje zalane krwią, to właśnie dlatego odwracała spojrzenie. Musiała się opanować i założyć maskę pozytywnej oraz socjalnej osoby. Tak nienawidziła starać się dla pasożytów, wręcz tym gardziła.
Z dnia na dzień było co raz gorzej, wizje stawały się co raz częstsze. Nie była tym załamana, bardziej znudzona lub rozbawiona. Czasem pragnęła aby pęknąć i stać się niepoczytalną. Zalać wszystko na około krwią, popaść w zatracenie - jak w Lśnieniu. Monumentalna wcześniej dusza, stracona na wieki. Układająca się w życie nie przyziemne oraz jak w Hannibalu Lecterze oczyszczone ze zbędnych poczytalności. Dlaczego to jest warte wszystkiego? Wtedy się żyje, widzi coś niemożliwego dla pasożytów. Tak wielki analogizm w stosunku do Lectera.
Jak każdego dnia podczas drogi do tego pustego i narzuconego miejsca, odpaliła papierosa. Piękny czarny nabity śmiercią, perfekcyjnie. Ignorowała otoczenie, otoczenie jednak nie ignorowało jej. Usłyszała rozbawiony ton, zainteresowany jej osobą, osobliwy jej osobie. To nie wróg, to przyjaciel. Na początku akceptujesz wszystkich, potem? Masz dosyć i pokazujesz, że w rzeczywistości jesteś socjopatą.
- Hej, co tam.-Słyszysz będąc czułym na chaotyczne dźwięki. Odpowiadasz automatycznie to co zawsze. Jesteś mało statystyczną istotą, jednak nie pragniesz kłopotów. Nie widzisz się w sytuacji bardziej skomplikowanej jak przymus życia w środowisku tych odrażających istot.
Ostatecznie odrywasz się i przestajesz mówić, nie wiedząc czemu z wkradającym się uśmiechem na twarzy. Przyzwyczajenie? Najprawdopodobniej. Widzą po tobie brak humoru, marudzą lub starają się cię pocieszyć. Ludzki odruch? Ludzie pocieszając przytulają cię, dotykają wspierając, stykają się w jakikolwiek sposobów z twoim ciałem. Boli cię to, przeraża, parzy oraz mdli. Starasz się ich uświadomić ale ludzie? Ludzie to ludzie tępe istoty. Ona nie czuła się lepszą, tylko inną. Cierpiała a zarazem nie chciała tego zmienić. Ludzie chcący ją naprostować zbijali się z nienawiścią, ciężkimi słowami, odrzuceniem.
Z dnia na dzień, jej umysł co raz bardziej odbiegał od rzeczywistości. Znów rozpuściła się, w błogim stanie spokoju. Brak zainteresowania tymi nie ważnymi, codziennymi, chcącymi pomóc i szczególnie narzucającymi.
Pewnego dnia podeszła do niej istota, nie mogła nazwać tego inaczej. Zainteresowanie z tego czegoś strony, współczucie, próba zrozumienia. Mówisz - nic. Nie rozumie. Złapała to za ramie przysuwając się dość blisko do ucha tego czegoś. Zaczęła cierpieć przez to, że zbliżył się do niej dotyk. Potrzebowała jednak sprostować swoje pragnienie.
- Zostaw mnie, albo nie dożyjesz kolejnego dnia.-Szeptała, następnie odsuwając się i przyglądając pustym spojrzeniem.- Zniknij.-Wróciła do swojej oazy spokoju. Usiadła przy biurku jak zawsze patrząc się pusto w ścianę, jej umysł był pochłonięty intensywnymi myślami. Zadawała sobie pytania czy dzisiejszy dzień był realny, czy znienawidzona osoba istniała. Nie umiała sobie odpowiedzieć. Zatraciła to monumentalne zainteresowanie i odchyliła głowę do tyłu. W jej umyśle rozległa się nuta, Thyme, Voices in my Head. Przestała istnieć, cierpieć, nienawidzić i interesować się. Nuta zacięła się na parę sekund a do jej umysłu wkradła się ostatnia sytuacja.
Nauczycielka najeżdżała na jej osobę, próbowała utemperować. Dlaczego? Logika kompletnie tu przepadła, ponieważ dziewczyna mówiła spokojnym tonem. Co śmieszne, w o wiele bardziej rozsądny sposób. W takich chwilach jak ta przestawała nad sobą panować, nad swoim obrzydzeniem. Zakończyła godzinę spokojnym tonem mówiąc ''zakończ ten temat następnym razem, dla własnego dobra''. Miała nadzieję, że starsza kobieta ze zboczeniem zawodowym zrozumiała aluzję. Liczyła też na to, że kobieta uświadomiła sobie, brak poszanowania wobec różnicy wiekowej. Żyła w twierdzeniu ''Szanuj mnie, ja będę szanować ciebie. Natomiast w odbiciu lustrzanym, będzie vice versa''
Piosenka znów się włączyła, ona znów się zatraciła. Przeżywała piękną chwilę, niedostępną dla kogokolwiek innego. Nadeszła kolejna najbardziej intrygująca wizja.
Złapała nic nie znaczącą osobę od tyłu, wykręciła jej ręce zniewalając. Próbowała uspokoić, czułymi słowami. Uświadamiała co stanie się następnie. Mówiła to jednak w taki sposób, który uspokajał.
- Staniesz się czymś więcej, nie bój się. Będzie bolało, ale to będzie twoje niesamowite. Odrodzenie.-Szeptała i głaskała po policzku. Ofiara błagała o litość o wolność, dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego wykonać. Zaczęła odprawiać coś złego a zarazem, pięknego. Zaczęła się czule przytulać do policzka ofiary, tak delikatnie.
- Robię to dla ciebie, nie znając cię, jednak jest to dla ciebie. Zaboli, będziesz rozpaczać i wić się z bólu, nastaną drgawki. Wierz mi, to będzie coś pięknego i powtórzę, dla ciebie.-Robiła to w dziwny sposób, bo dziewczyna w jej objęciach, robiła się co raz spokojniejsza. Manipulowanie przypadkowymi ludźmi miała opanowane do perfekcji. Manipulowanie ich umysłem.
Wyciągnęła ostry nóż.
- Spokojnie, możesz krzyczeć.-Podciągnęła jej koszulkę i dotknęła nożem podbrzusza, od którego zacznie.- Nie walcz.- Wbiła ostry jak brzytwa nóż do jej wnętrza. Rozległ się rozpaczający wrzask i za pierwszym podejściem rozpoczęły się drgawki.- Jesteś bardzo delikatna, stajesz się nocnym aniołem.-Z chwili na chwilę mordująca dziewczyna zaczęła kochać. Ciągnęła nożem co raz wyżej, czują się próby wyrwania. To było nie możliwe, była przypięta. Nóż rozrywał.- Jesteś w drodze do piękna.-Pocałowała jej szczękę. Kiedy doszła do klatki piersiowej, nóż się zatrzymał. Wrzaski były słabsze, dalej jednak cierpiące. Dominująca tutaj osoba rzuciła zakrwawiony nóż zaraz koło uda ofiary. Złapała ręką za płat skóry od strony serca.- Poczuj swoje piękno.-Złapała delikatnie jej roztrzęsioną rękę. Nakierowała ją ku sercu, wsunęła ją tak aby czuła jak co raz słabiej bije.- Jesteś piękna, ważna.-Zaczęła rozpaczać.- Nie zmarnuj tego.-Złożyła pocałunek na jej szyi i spoczywała przy niej do momentu aż serce przestało bić, ona zaczęła się osuwać. Morderczyni ją tuliła, kołysała. To było jej dziecko, jej stworzenie.
Momentalnie wyrwała się z tej wizji. Złapała dech w piersi i czuła spływające po jej policzkach łzy, rozpacz. Czarne smugi, najpiękniejszy obraz na świecie. Rozpaczała bo nie mogła w rzeczywistości dać komuś tego cudu.
Życie znów powróciło do normy. Krótki sen - bezsenność spowodowana przyjmowanych leków depresyjnych. Powstanie, będąc normalną istotą zacząć kolejny, znienawidzony dzień. Na język cisnęły się tylko słowa.
- Mdli mnie ludzka egzystencja.
A teraz zamilcz i zrozum piękno.
Z dnia na dzień było co raz gorzej, wizje stawały się co raz częstsze. Nie była tym załamana, bardziej znudzona lub rozbawiona. Czasem pragnęła aby pęknąć i stać się niepoczytalną. Zalać wszystko na około krwią, popaść w zatracenie - jak w Lśnieniu. Monumentalna wcześniej dusza, stracona na wieki. Układająca się w życie nie przyziemne oraz jak w Hannibalu Lecterze oczyszczone ze zbędnych poczytalności. Dlaczego to jest warte wszystkiego? Wtedy się żyje, widzi coś niemożliwego dla pasożytów. Tak wielki analogizm w stosunku do Lectera.
Jak każdego dnia podczas drogi do tego pustego i narzuconego miejsca, odpaliła papierosa. Piękny czarny nabity śmiercią, perfekcyjnie. Ignorowała otoczenie, otoczenie jednak nie ignorowało jej. Usłyszała rozbawiony ton, zainteresowany jej osobą, osobliwy jej osobie. To nie wróg, to przyjaciel. Na początku akceptujesz wszystkich, potem? Masz dosyć i pokazujesz, że w rzeczywistości jesteś socjopatą.
- Hej, co tam.-Słyszysz będąc czułym na chaotyczne dźwięki. Odpowiadasz automatycznie to co zawsze. Jesteś mało statystyczną istotą, jednak nie pragniesz kłopotów. Nie widzisz się w sytuacji bardziej skomplikowanej jak przymus życia w środowisku tych odrażających istot.
Ostatecznie odrywasz się i przestajesz mówić, nie wiedząc czemu z wkradającym się uśmiechem na twarzy. Przyzwyczajenie? Najprawdopodobniej. Widzą po tobie brak humoru, marudzą lub starają się cię pocieszyć. Ludzki odruch? Ludzie pocieszając przytulają cię, dotykają wspierając, stykają się w jakikolwiek sposobów z twoim ciałem. Boli cię to, przeraża, parzy oraz mdli. Starasz się ich uświadomić ale ludzie? Ludzie to ludzie tępe istoty. Ona nie czuła się lepszą, tylko inną. Cierpiała a zarazem nie chciała tego zmienić. Ludzie chcący ją naprostować zbijali się z nienawiścią, ciężkimi słowami, odrzuceniem.
Z dnia na dzień, jej umysł co raz bardziej odbiegał od rzeczywistości. Znów rozpuściła się, w błogim stanie spokoju. Brak zainteresowania tymi nie ważnymi, codziennymi, chcącymi pomóc i szczególnie narzucającymi.
Pewnego dnia podeszła do niej istota, nie mogła nazwać tego inaczej. Zainteresowanie z tego czegoś strony, współczucie, próba zrozumienia. Mówisz - nic. Nie rozumie. Złapała to za ramie przysuwając się dość blisko do ucha tego czegoś. Zaczęła cierpieć przez to, że zbliżył się do niej dotyk. Potrzebowała jednak sprostować swoje pragnienie.
- Zostaw mnie, albo nie dożyjesz kolejnego dnia.-Szeptała, następnie odsuwając się i przyglądając pustym spojrzeniem.- Zniknij.-Wróciła do swojej oazy spokoju. Usiadła przy biurku jak zawsze patrząc się pusto w ścianę, jej umysł był pochłonięty intensywnymi myślami. Zadawała sobie pytania czy dzisiejszy dzień był realny, czy znienawidzona osoba istniała. Nie umiała sobie odpowiedzieć. Zatraciła to monumentalne zainteresowanie i odchyliła głowę do tyłu. W jej umyśle rozległa się nuta, Thyme, Voices in my Head. Przestała istnieć, cierpieć, nienawidzić i interesować się. Nuta zacięła się na parę sekund a do jej umysłu wkradła się ostatnia sytuacja.
Nauczycielka najeżdżała na jej osobę, próbowała utemperować. Dlaczego? Logika kompletnie tu przepadła, ponieważ dziewczyna mówiła spokojnym tonem. Co śmieszne, w o wiele bardziej rozsądny sposób. W takich chwilach jak ta przestawała nad sobą panować, nad swoim obrzydzeniem. Zakończyła godzinę spokojnym tonem mówiąc ''zakończ ten temat następnym razem, dla własnego dobra''. Miała nadzieję, że starsza kobieta ze zboczeniem zawodowym zrozumiała aluzję. Liczyła też na to, że kobieta uświadomiła sobie, brak poszanowania wobec różnicy wiekowej. Żyła w twierdzeniu ''Szanuj mnie, ja będę szanować ciebie. Natomiast w odbiciu lustrzanym, będzie vice versa''
Piosenka znów się włączyła, ona znów się zatraciła. Przeżywała piękną chwilę, niedostępną dla kogokolwiek innego. Nadeszła kolejna najbardziej intrygująca wizja.
Złapała nic nie znaczącą osobę od tyłu, wykręciła jej ręce zniewalając. Próbowała uspokoić, czułymi słowami. Uświadamiała co stanie się następnie. Mówiła to jednak w taki sposób, który uspokajał.
- Staniesz się czymś więcej, nie bój się. Będzie bolało, ale to będzie twoje niesamowite. Odrodzenie.-Szeptała i głaskała po policzku. Ofiara błagała o litość o wolność, dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego wykonać. Zaczęła odprawiać coś złego a zarazem, pięknego. Zaczęła się czule przytulać do policzka ofiary, tak delikatnie.
- Robię to dla ciebie, nie znając cię, jednak jest to dla ciebie. Zaboli, będziesz rozpaczać i wić się z bólu, nastaną drgawki. Wierz mi, to będzie coś pięknego i powtórzę, dla ciebie.-Robiła to w dziwny sposób, bo dziewczyna w jej objęciach, robiła się co raz spokojniejsza. Manipulowanie przypadkowymi ludźmi miała opanowane do perfekcji. Manipulowanie ich umysłem.
Wyciągnęła ostry nóż.
- Spokojnie, możesz krzyczeć.-Podciągnęła jej koszulkę i dotknęła nożem podbrzusza, od którego zacznie.- Nie walcz.- Wbiła ostry jak brzytwa nóż do jej wnętrza. Rozległ się rozpaczający wrzask i za pierwszym podejściem rozpoczęły się drgawki.- Jesteś bardzo delikatna, stajesz się nocnym aniołem.-Z chwili na chwilę mordująca dziewczyna zaczęła kochać. Ciągnęła nożem co raz wyżej, czują się próby wyrwania. To było nie możliwe, była przypięta. Nóż rozrywał.- Jesteś w drodze do piękna.-Pocałowała jej szczękę. Kiedy doszła do klatki piersiowej, nóż się zatrzymał. Wrzaski były słabsze, dalej jednak cierpiące. Dominująca tutaj osoba rzuciła zakrwawiony nóż zaraz koło uda ofiary. Złapała ręką za płat skóry od strony serca.- Poczuj swoje piękno.-Złapała delikatnie jej roztrzęsioną rękę. Nakierowała ją ku sercu, wsunęła ją tak aby czuła jak co raz słabiej bije.- Jesteś piękna, ważna.-Zaczęła rozpaczać.- Nie zmarnuj tego.-Złożyła pocałunek na jej szyi i spoczywała przy niej do momentu aż serce przestało bić, ona zaczęła się osuwać. Morderczyni ją tuliła, kołysała. To było jej dziecko, jej stworzenie.
Momentalnie wyrwała się z tej wizji. Złapała dech w piersi i czuła spływające po jej policzkach łzy, rozpacz. Czarne smugi, najpiękniejszy obraz na świecie. Rozpaczała bo nie mogła w rzeczywistości dać komuś tego cudu.
Życie znów powróciło do normy. Krótki sen - bezsenność spowodowana przyjmowanych leków depresyjnych. Powstanie, będąc normalną istotą zacząć kolejny, znienawidzony dzień. Na język cisnęły się tylko słowa.
- Mdli mnie ludzka egzystencja.
A teraz zamilcz i zrozum piękno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)