sobota, 19 lipca 2014

Lawendy

Tańczyła jak porcelanowa lalka w lesie zarośniętym cierniami. Wsłuchana w muzykę, która tamowała ból, z dnia na dzień w tym tańcu obrastała w tytan. Wolała tańczyć tam niż na polu zapełnionym brakiem szczęścia z wiatrem napawającym strachem. Tańczyła w strachu o każdy dzień, który mógł złapać ją za włosy i wyszarpać do rzeczywistości. A kiedy to zrobiono, ten obrastający tytan zdążył już zakryć jej twarz. Rzucono nią na ziemie, obcięto skrzydła i przypięto do łańcucha, ciągnąć w stronę szczęścia zbudowanego z kłamstwa.
W mojej głowie nadal tańczę obijając się o tytan i tracąc kolejną i kolejną część. Pragnę latać skrzydłami, których już nie mam. Chcę zamknąć oczy i czytać wiersze wydarte z mojego serca. Odpłynąć łodzią na głęboki  ocean aby topić się w nim, będąc jak najdalej od tego świata. Głuchnę z dnia na dzień, ślepnę, tracę smak i nie czuję już nic. Nie oddycham, tylko dławię się trucizną tych, mających się za Bogów. Chcę pływać, chcę tonąć, chcę być jak najdalej. Moje łzy stały się diamentami sprzedawanymi na rynku chciwców i potworów. Każą tańczyć mi przywiązując sznurki do rąk i nóg, narzucając jak.
Była człowiekiem i jak każdemu człowiekowi, chłód jej nie sprzyjał. Wiedziała jednak, że jest on dla niej najlepszy. Była jednak dzieckiem ciągniętym za rękę przez swoje niespełnione marzenia. Rodzicami stał się strach i nienawiść.
Kiedy w końcu całkiem oślepła, nazwano ją wiedźmą. Albowiem ślepotą widziała więcej niż oni wszyscy, ślepotą, którą nie mogła odrzucić od siebie obrazów niepotrzebnych w jej życiu. Nadal tańcząc tak jak pociągali za sznurki, tym razem z nienawiścią na twarzy. W końcu je przegryzła i uciekła gubiąc się w ludzkich celach, w ludzkich pragnieniach, pozbawiających jej swoich własnych. Muzyka w uszach wracała jednak smutna jak nigdy wcześniej.
Biegłam tak szybko jak się da, potykając i zdzierając kolana co chwilę. W stronę urwiska, z widokiem na zachodzące słońce koloru zbliżającej się krwi. Skoczyłam chcąc znów lecieć i być w chmurach, których nie chciano mi już dać.
Upadła łamiąc to co było porcelaną pod jej ratującym życie tytanem. Nie chciała wstawać ale wtedy tam na dole usłyszała tą muzykę, tą samą jakiej słuchała w swoim świecie. Podniosła się i szła w tamtą stronę krokiem tak niepewnym jak nigdy wcześniej. Struny, po których spływała krew i twarz zasłonięta niechęcią do życia. Ciało chciało znów wpaść w rytm tych nut i tańczyć, ale ona postanowiła stać i się tylko wpatrywać. Tańca sobie zakazała, już dawno. Jej taniec nie miał prawa istnieć bo potwory kaleczyły jej nogi podczas każdego przedstawienia.Podeszła bliżej i właśnie wtedy, każda struna rzucała w jej stroną coś, czego nikt wcześniej nie opisał. Zaczęła się cofać z przerażeniem w ślepych oczach, których nikt nie widział. Rozbijał jej tytanową maskę myśląc, że ma do tego prawo. Nie używając wcześniej słów potworów padając na ziemię teraz klęła jak opętana, nie chciała już nikogo widzieć tymi oczyma pod mleczną warstwą. Jej umysł momentalnie zaczął popełniać co raz więcej błędów niż wcześniej. Łzy już nie zamieniały się w diamenty, stały się takie jak kiedyś zlewając się ze szkarłatną krwią wypływającą z poranionych policzków przez tytan. Nie czuła jednak bólu. Wszystko oblewające jej ciało zamieniło się w srebrzysty proch, a ona siedziała na brudnej ziemi bez słowa. Strach z chwili na chwilę mijał i skupiła się już tylko na muzyce. Spuściła głowę i nie chciała tam patrzeć, bezpodstawnie obwiniając tą muzykę za wszystko. W swojej głowie nadal popełniając błędy.
Siedziała tak dni, tygodnie i miesiące, słuchając i okrywając się własnymi rękoma przed chłodnym wiatrem, który pod koniec zadecydował o wszystkim. Kiedy tylko raz uniosła twarz zasłoniętą włosami, wiatr rozwiał je i nakazał dryfować w powietrzu. Tamta twarz też już nie była zasłonięta tym całym złem. Muzyka przestała grać, a wcześniej spustoszałe spojrzenia nakierowały się na siebie wprawiając w strach oplatany fascynacją. Trwało to chwilę i było intymniejsze niż tak zwany przez zwykłych ludzi pocałunek. Oparła się ręką o brudną ziemię i podniosła na równe nogi idąc w tamtą stronę, niepewnie, nie mogąc się powstrzymać. A z każdym krokiem wyczytała więcej i czuła się co raz lepiej. Było ciemno, drogę oświetlało tylko chłodne światło księżyca. Nie zważała uwagę na to czy mokła i zasiadła koło niego opuszczając spojrzenie, teraz patrzyła przed siebie milcząc tak samo jak on.
A wtedy oparłam głowę o jego ramię mówiąc.
 - Popełniam zbyt wiele błędów.-A wtedy on znów zaczął grać i momentalnie do nozdrzy dobił się zapach cudownej lawendy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz