Czasem zastanawiam się jaka jest definicja słowa śmierć. Albo wyobrażenie uczucia po śmierci. Każdy wierzy w to, iż jest to ostateczny spokój. Duch uwolniony z ciała tonącego w cierpieniu. Odejście z tego świata i pójście do świata nieznanych Bogów. Wierzenie w to, że to w co wierzymy jest dobre i odpowiednie. Nie znając tego i nie mogąc posmakować tak jak posmakować można kroplę czerwonego wina. Jak można wierzyć w spokój po śmierci będąc katolikiem, kiedy grzechem śmiertelnym jest popełnienie samobójstwa według zasad ich wiary. Jak można wierzyć w spokój będąc ateistą wierzącym, że po śmierci nie ma niczego ponieważ nie wierząc w nic nie można też wierzyć w przestrzeń po za czasem. Jak można odebrać sobie życie będąc agnostykiem, który twierdzi, że nie uwierzy w coś czego nie zobaczy co oznacza, że nie może też wierzyć w spokój po śmierci bo nigdy mu tego spokoju nie udowodniono. Czyż to nie łamanie swoich zasad? Czyż samobójstwo to nie oszukiwanie samego siebie? Naiwność, która w naszym świecie jest czymś negatywnym dla każdego człowieka. Nikt z nas nie chce być naiwnym, bo nikt z nas nie chce cierpieć - szczególnie niedoszli samobójcy. Naiwność, to właśnie jest samobójstwo. Nie tchórzostwo, nie odwaga, nie ulga. Naiwność.
Pomimo tego pragnę tego każdego poranka, południa i północy. Jednak w głębi siebie wiem, że chcę żyć ale w świecie, w którym włosy rozwiewa ciepły wiatr nie skażony ludzkimi okrucieństwami. W świecie, w którym wolność nie jest tylko fantazją. W świecie, w którym skrzydła pegazów strzepujących poranne krople rosy z zieleni pokrywającej cały obszar. W świecie, w którym miłość idealna istnieje, nie jest bolesna bo jest idealna. W świecie, w którym słońce nie jest bolesnym ogniem, tylko czymś czego moment zachodu trwa wiecznie i koi oczy bardziej niż błękit nieba. Ludzkie ręce nie kaleczą, tylko wprawiają w niewinny dreszcz emocji, przyjemność i bezwstydną ekstazę. Dotyk, który w tamtym pięknym świecie nie jest zakazany. W świecie, w którym dwie dusze w końcu mogą być zlepione w jedność bo żałosny system, nie ma na te dwie dusze wpływu.
Wstyd mi za moje wyobrażenie piękna i wolności bo to też naiwność, jednak nie umiem wyrwać tego ze strzępów mojego poranionego serca.
niedziela, 27 lipca 2014
piątek, 25 lipca 2014
White prince and white horse.
Odkąd trafili razem z Dye'm i Mattem w to miejsce, Noel zaczął spędzać cały swój czas w samotności. Dye natomiast w tym miejscu nie był tym samym człowiekiem jakim był kiedyś. Noel miał nawet wrażenie, że czuje się tutaj lepiej niż w domu. Szkoda tylko, że z tego tytułu zaczął co raz bardziej zapominać o kimś, kto w jego życiu był ponoć tak ważny. Przesiadywał mnóstwo czasu z Urielem i rozmawiał o sprawach, o których wiedzieli tylko oni. Matt'a widział tylko wtedy kiedy w okolicy pokazywała się ta czupryna o kolorze słomy. Chociaż, od pewnego czasu nie widział go nawet z Angrą. Noel czuł, że za zniknięciem Matt'a stał Uriel, czuł to w kościach. Drobny, czarnowłosy chłopak o jasnym spojrzeniu jednak nigdy nie dbał o to co stanie się z Matt'em. Byli sobie odlegli, zawsze. Łączył ich tylko Dye, który z dnia na dzień stawał się co raz bardziej niewidzialny. Matt i Noel to były dwa różne światy tworzące między sobą kontrast. Kontrast ognia i wody, a Dye. Dye był powietrzem.
Młody poznał tutaj wiele osób, które ponoć były tak samo ważne jak on. On? Noel? Ważny? Nie rozumiał, a Uriel nie chciał tego jeszcze tłumaczyć. Cały on, tajemniczy biały książę, perfekcjonista, geniusz taktyki. Mówił tylko, że młody jest taki sam jak na przykład Deimos. Mężczyzna tak samo tajemniczy jak Uriel. Był wszędzie, widział wszystko, wiedział wszystko. Poruszał się niczym cień, a jego usta prawie zawsze były jak zaszyte nicią. Noel bał się mu patrzeć w te jego bursztynowe oczy, miał wrażenie, że mężczyzna czyta mu w myślach.
Trzymał w ręce butelkę alkoholu, którego mieli w tym miejscu pod dostatkiem. Machał nią patrząc jak bursztyn alkoholu wiruje w szklanym wnętrzu. Nie wiedział gdzie był, nie wiedział gdzie chce iść, nie wiedział co chce zrobić. Odkąd zabił każdego członka swojego drzewa genealogicznego, stracił cel w życiu. Kiedy trawił do tego miejsca, stracił sens życia. Co miał z tym zrobić? Mógł tylko egzystować i słuchać kazań Uriela kiedy trzeba było, od czasu do czasu spojrzeć w oczy Dye, a potem znów być samotnym i odkrywać co raz głębsze zakątki tego pustkowia.
Szedł przez szlak wyłożony białymi oszlifowanymi kamieniami, dookoła niego skały okryte kolorem cyjanu i kobaltu. To miejsce było dziwne pod każdym tego słowa znaczeniem. Nigdy nie widział tutaj słońca. Bynajmniej nie w obszarach, w których funkcjonował Uriel i jego mała armia, której Noel był członkiem. Innych nie znał, inne były mu zakazane, a wydawały się czymś co dałoby mu odrobinę wolności. Wolności, której już nie pamiętał. Nie pamiętał? Może nigdy jej jednak nie było? Nagle zamiast skalistej ściany rozpoczął się szereg metalowych krat brudnych od pyłu piachu. Nie szczególnie zainteresowany szedł przed siebie i ścierał pył z każdej kolejnej wskazującym palcem. A potem stanął wciąż patrząc się przed siebie, luźno trzymając butelkę, palca opierając o kratę. Słuch skupiony jednak na szumie łańcuchów za kratami, ktoś siedział tam w ciemni. Noel widział to oczami umysłu. Stał tak może z trzy minuty, potem skierował wzrok w stronę cienia i ujrzał białą jak Uriel postać. Długie zlepione brudem kosmyki, brudne od piachu dłonie oraz stopy. Siedziała jak biała lalka, zaniedbana, o której ktoś już dawno temu zapomniał. Przykuta do łańcuchów na wiele różnych sposobów, jakby ktoś panicznie bał się jej ucieczki.
Sam nie wiedząc czemu w pewnej chwili usiadł na tym brudnym podłożu skierowany twarzą w jej stronę. Butelkę wsadził między nogi i tak ją obserwował przez dłuższy czas. Jej sylwetka mówiła wiele, to musiała być kobieta, a jak nie kobieta to drugi Angra zrobiony z porcelany. Angra, jego piękno było nie do opisania, charakter jednak zamknięty w jednym słowie - beznamiętność. Nie chciał myśleć jednak o nim, wolał spoglądać na nią. Pomimo, że słyszał szelest łańcuchów to zastanawiał się czy jest martwa, jak długo tu spoczywa i dlaczego. Czemu był tym zainteresowany? Nie miał niczego lepszego do roboty. W sumie to miał, opróżnianie butelki, której alkohol zdążył mu już uderzyć do głowy.
- Tańczy w twoich oczach.-Usłyszał z oddali. Zmarszczył brwi i mruknął. Wystarczyło tylko to mrugnięcie, a ona nadal będąc za kratami teraz twarz miała parę centymetrów od niego.- Życie.-Puste błękitne spojrzenie, pozbawione nadziei, wypatroszone z marzeń. Było mistyczne, ale chłód tego spojrzenia wypełnił każdą żyłę w jego ciele. Nie było już jednak widać po nim zdziwienia, czy niepokoju. To był Noel, a Noel patrzył na wszystko tak jak Angra. Beznamiętnie. Kosmyki pięknej lecz zabrudzonej kobiety, z oczyma hipnotyzującymi jak śpiew syren, zaczęły pływać w powietrzu. Zsypywał się z nich piach, opadał na jej ramiona.- Tęsknota.-Dodała cichym tonem głosu.- Nadzieja.-Noel wiedział, że jest mu to obce, więc nie rozumiał po co mu to mówiła. Nie wiedział jednak ile kobieta miała w tym racji i ile wiedziała.- Ślepota.-Dodała chłodnym tonem. Zasiadła po turecku i patrzyła mu prosto w oczy. Czasem się ruszyła czemu towarzyszył dźwięk ciąganych łańcuchów.- Nie masz już celu, więc po co?-Zadała mu pytanie, które trafiło do niego bardziej niż cokolwiek innego.- Nie masz po co żyć, więc dlaczego?-Te pytania były takie nieskładne.- Zostawił cię. Książę, wybawiciel. Jeździec białego konia. Zostawił cię.-Robiło mu się co raz chłodniej, ale nie mógł odwrócić wzroku od jej spojrzenia czy odejść.- Czemu? Życie w twoich oczach, czemu ono dalej tańczy?
- Kim jesteś?-Od dłuższego czasu znowu się nie odzywał do innych, teraz jednak czuł potrzebę. Musiał się zapytać, musiał się odezwać.
- A kim ty jesteś?-Przybliżyła się, oparła policzek o zimną kratę.- Zapomniany? Ból? Nędza? Smutek? Kim jesteś?-Przyjrzała się dokładniej jego na pierwszy rzut oka spustoszałej twarzy.- Samotność.-Wyszeptała, a jej wzrok posmutniał. Wysunęła rękę z pomiędzy krat i otuliła jego policzek. Nigdy tego nie czuł, nie czuł takiego spokoju, takiej ulgi i chęci do życia. Odetchnął głębiej, źrenice się rozszerzyły, a ręce rozluźniły.- Pięknem.-Wyszeptała z co raz to większym smutkiem w błękitnych oczach.
- Kim jesteś?-Szepnął w końcu doczekując się odpowiedzi.
- Zapomnianą wolnością.-Po czym wyparowała, a przed jego oczami znów ten sam obraz. Zapomnianej lalki siedzącej w cieniu, przykutej do ścian. Patrzył na nią nie będąc pewnym tego krótkiego zdarzenia.
W końcu wstał, strzepał z siebie piach, spojrzał po raz ostatni, zabrał butelkę i odszedł. W ciszy i zamyśleniu.
Młody poznał tutaj wiele osób, które ponoć były tak samo ważne jak on. On? Noel? Ważny? Nie rozumiał, a Uriel nie chciał tego jeszcze tłumaczyć. Cały on, tajemniczy biały książę, perfekcjonista, geniusz taktyki. Mówił tylko, że młody jest taki sam jak na przykład Deimos. Mężczyzna tak samo tajemniczy jak Uriel. Był wszędzie, widział wszystko, wiedział wszystko. Poruszał się niczym cień, a jego usta prawie zawsze były jak zaszyte nicią. Noel bał się mu patrzeć w te jego bursztynowe oczy, miał wrażenie, że mężczyzna czyta mu w myślach.
Trzymał w ręce butelkę alkoholu, którego mieli w tym miejscu pod dostatkiem. Machał nią patrząc jak bursztyn alkoholu wiruje w szklanym wnętrzu. Nie wiedział gdzie był, nie wiedział gdzie chce iść, nie wiedział co chce zrobić. Odkąd zabił każdego członka swojego drzewa genealogicznego, stracił cel w życiu. Kiedy trawił do tego miejsca, stracił sens życia. Co miał z tym zrobić? Mógł tylko egzystować i słuchać kazań Uriela kiedy trzeba było, od czasu do czasu spojrzeć w oczy Dye, a potem znów być samotnym i odkrywać co raz głębsze zakątki tego pustkowia.
Szedł przez szlak wyłożony białymi oszlifowanymi kamieniami, dookoła niego skały okryte kolorem cyjanu i kobaltu. To miejsce było dziwne pod każdym tego słowa znaczeniem. Nigdy nie widział tutaj słońca. Bynajmniej nie w obszarach, w których funkcjonował Uriel i jego mała armia, której Noel był członkiem. Innych nie znał, inne były mu zakazane, a wydawały się czymś co dałoby mu odrobinę wolności. Wolności, której już nie pamiętał. Nie pamiętał? Może nigdy jej jednak nie było? Nagle zamiast skalistej ściany rozpoczął się szereg metalowych krat brudnych od pyłu piachu. Nie szczególnie zainteresowany szedł przed siebie i ścierał pył z każdej kolejnej wskazującym palcem. A potem stanął wciąż patrząc się przed siebie, luźno trzymając butelkę, palca opierając o kratę. Słuch skupiony jednak na szumie łańcuchów za kratami, ktoś siedział tam w ciemni. Noel widział to oczami umysłu. Stał tak może z trzy minuty, potem skierował wzrok w stronę cienia i ujrzał białą jak Uriel postać. Długie zlepione brudem kosmyki, brudne od piachu dłonie oraz stopy. Siedziała jak biała lalka, zaniedbana, o której ktoś już dawno temu zapomniał. Przykuta do łańcuchów na wiele różnych sposobów, jakby ktoś panicznie bał się jej ucieczki.
Sam nie wiedząc czemu w pewnej chwili usiadł na tym brudnym podłożu skierowany twarzą w jej stronę. Butelkę wsadził między nogi i tak ją obserwował przez dłuższy czas. Jej sylwetka mówiła wiele, to musiała być kobieta, a jak nie kobieta to drugi Angra zrobiony z porcelany. Angra, jego piękno było nie do opisania, charakter jednak zamknięty w jednym słowie - beznamiętność. Nie chciał myśleć jednak o nim, wolał spoglądać na nią. Pomimo, że słyszał szelest łańcuchów to zastanawiał się czy jest martwa, jak długo tu spoczywa i dlaczego. Czemu był tym zainteresowany? Nie miał niczego lepszego do roboty. W sumie to miał, opróżnianie butelki, której alkohol zdążył mu już uderzyć do głowy.
- Tańczy w twoich oczach.-Usłyszał z oddali. Zmarszczył brwi i mruknął. Wystarczyło tylko to mrugnięcie, a ona nadal będąc za kratami teraz twarz miała parę centymetrów od niego.- Życie.-Puste błękitne spojrzenie, pozbawione nadziei, wypatroszone z marzeń. Było mistyczne, ale chłód tego spojrzenia wypełnił każdą żyłę w jego ciele. Nie było już jednak widać po nim zdziwienia, czy niepokoju. To był Noel, a Noel patrzył na wszystko tak jak Angra. Beznamiętnie. Kosmyki pięknej lecz zabrudzonej kobiety, z oczyma hipnotyzującymi jak śpiew syren, zaczęły pływać w powietrzu. Zsypywał się z nich piach, opadał na jej ramiona.- Tęsknota.-Dodała cichym tonem głosu.- Nadzieja.-Noel wiedział, że jest mu to obce, więc nie rozumiał po co mu to mówiła. Nie wiedział jednak ile kobieta miała w tym racji i ile wiedziała.- Ślepota.-Dodała chłodnym tonem. Zasiadła po turecku i patrzyła mu prosto w oczy. Czasem się ruszyła czemu towarzyszył dźwięk ciąganych łańcuchów.- Nie masz już celu, więc po co?-Zadała mu pytanie, które trafiło do niego bardziej niż cokolwiek innego.- Nie masz po co żyć, więc dlaczego?-Te pytania były takie nieskładne.- Zostawił cię. Książę, wybawiciel. Jeździec białego konia. Zostawił cię.-Robiło mu się co raz chłodniej, ale nie mógł odwrócić wzroku od jej spojrzenia czy odejść.- Czemu? Życie w twoich oczach, czemu ono dalej tańczy?
- Kim jesteś?-Od dłuższego czasu znowu się nie odzywał do innych, teraz jednak czuł potrzebę. Musiał się zapytać, musiał się odezwać.
- A kim ty jesteś?-Przybliżyła się, oparła policzek o zimną kratę.- Zapomniany? Ból? Nędza? Smutek? Kim jesteś?-Przyjrzała się dokładniej jego na pierwszy rzut oka spustoszałej twarzy.- Samotność.-Wyszeptała, a jej wzrok posmutniał. Wysunęła rękę z pomiędzy krat i otuliła jego policzek. Nigdy tego nie czuł, nie czuł takiego spokoju, takiej ulgi i chęci do życia. Odetchnął głębiej, źrenice się rozszerzyły, a ręce rozluźniły.- Pięknem.-Wyszeptała z co raz to większym smutkiem w błękitnych oczach.
- Kim jesteś?-Szepnął w końcu doczekując się odpowiedzi.
- Zapomnianą wolnością.-Po czym wyparowała, a przed jego oczami znów ten sam obraz. Zapomnianej lalki siedzącej w cieniu, przykutej do ścian. Patrzył na nią nie będąc pewnym tego krótkiego zdarzenia.
W końcu wstał, strzepał z siebie piach, spojrzał po raz ostatni, zabrał butelkę i odszedł. W ciszy i zamyśleniu.
sobota, 19 lipca 2014
Lawendy
Tańczyła jak porcelanowa lalka w lesie zarośniętym cierniami. Wsłuchana w muzykę, która tamowała ból, z dnia na dzień w tym tańcu obrastała w tytan. Wolała tańczyć tam niż na polu zapełnionym brakiem szczęścia z wiatrem napawającym strachem. Tańczyła w strachu o każdy dzień, który mógł złapać ją za włosy i wyszarpać do rzeczywistości. A kiedy to zrobiono, ten obrastający tytan zdążył już zakryć jej twarz. Rzucono nią na ziemie, obcięto skrzydła i przypięto do łańcucha, ciągnąć w stronę szczęścia zbudowanego z kłamstwa.
W mojej głowie nadal tańczę obijając się o tytan i tracąc kolejną i kolejną część. Pragnę latać skrzydłami, których już nie mam. Chcę zamknąć oczy i czytać wiersze wydarte z mojego serca. Odpłynąć łodzią na głęboki ocean aby topić się w nim, będąc jak najdalej od tego świata. Głuchnę z dnia na dzień, ślepnę, tracę smak i nie czuję już nic. Nie oddycham, tylko dławię się trucizną tych, mających się za Bogów. Chcę pływać, chcę tonąć, chcę być jak najdalej. Moje łzy stały się diamentami sprzedawanymi na rynku chciwców i potworów. Każą tańczyć mi przywiązując sznurki do rąk i nóg, narzucając jak.
Była człowiekiem i jak każdemu człowiekowi, chłód jej nie sprzyjał. Wiedziała jednak, że jest on dla niej najlepszy. Była jednak dzieckiem ciągniętym za rękę przez swoje niespełnione marzenia. Rodzicami stał się strach i nienawiść.
Kiedy w końcu całkiem oślepła, nazwano ją wiedźmą. Albowiem ślepotą widziała więcej niż oni wszyscy, ślepotą, którą nie mogła odrzucić od siebie obrazów niepotrzebnych w jej życiu. Nadal tańcząc tak jak pociągali za sznurki, tym razem z nienawiścią na twarzy. W końcu je przegryzła i uciekła gubiąc się w ludzkich celach, w ludzkich pragnieniach, pozbawiających jej swoich własnych. Muzyka w uszach wracała jednak smutna jak nigdy wcześniej.
Biegłam tak szybko jak się da, potykając i zdzierając kolana co chwilę. W stronę urwiska, z widokiem na zachodzące słońce koloru zbliżającej się krwi. Skoczyłam chcąc znów lecieć i być w chmurach, których nie chciano mi już dać.
Upadła łamiąc to co było porcelaną pod jej ratującym życie tytanem. Nie chciała wstawać ale wtedy tam na dole usłyszała tą muzykę, tą samą jakiej słuchała w swoim świecie. Podniosła się i szła w tamtą stronę krokiem tak niepewnym jak nigdy wcześniej. Struny, po których spływała krew i twarz zasłonięta niechęcią do życia. Ciało chciało znów wpaść w rytm tych nut i tańczyć, ale ona postanowiła stać i się tylko wpatrywać. Tańca sobie zakazała, już dawno. Jej taniec nie miał prawa istnieć bo potwory kaleczyły jej nogi podczas każdego przedstawienia.Podeszła bliżej i właśnie wtedy, każda struna rzucała w jej stroną coś, czego nikt wcześniej nie opisał. Zaczęła się cofać z przerażeniem w ślepych oczach, których nikt nie widział. Rozbijał jej tytanową maskę myśląc, że ma do tego prawo. Nie używając wcześniej słów potworów padając na ziemię teraz klęła jak opętana, nie chciała już nikogo widzieć tymi oczyma pod mleczną warstwą. Jej umysł momentalnie zaczął popełniać co raz więcej błędów niż wcześniej. Łzy już nie zamieniały się w diamenty, stały się takie jak kiedyś zlewając się ze szkarłatną krwią wypływającą z poranionych policzków przez tytan. Nie czuła jednak bólu. Wszystko oblewające jej ciało zamieniło się w srebrzysty proch, a ona siedziała na brudnej ziemi bez słowa. Strach z chwili na chwilę mijał i skupiła się już tylko na muzyce. Spuściła głowę i nie chciała tam patrzeć, bezpodstawnie obwiniając tą muzykę za wszystko. W swojej głowie nadal popełniając błędy.
Siedziała tak dni, tygodnie i miesiące, słuchając i okrywając się własnymi rękoma przed chłodnym wiatrem, który pod koniec zadecydował o wszystkim. Kiedy tylko raz uniosła twarz zasłoniętą włosami, wiatr rozwiał je i nakazał dryfować w powietrzu. Tamta twarz też już nie była zasłonięta tym całym złem. Muzyka przestała grać, a wcześniej spustoszałe spojrzenia nakierowały się na siebie wprawiając w strach oplatany fascynacją. Trwało to chwilę i było intymniejsze niż tak zwany przez zwykłych ludzi pocałunek. Oparła się ręką o brudną ziemię i podniosła na równe nogi idąc w tamtą stronę, niepewnie, nie mogąc się powstrzymać. A z każdym krokiem wyczytała więcej i czuła się co raz lepiej. Było ciemno, drogę oświetlało tylko chłodne światło księżyca. Nie zważała uwagę na to czy mokła i zasiadła koło niego opuszczając spojrzenie, teraz patrzyła przed siebie milcząc tak samo jak on.
A wtedy oparłam głowę o jego ramię mówiąc.
- Popełniam zbyt wiele błędów.-A wtedy on znów zaczął grać i momentalnie do nozdrzy dobił się zapach cudownej lawendy.
W mojej głowie nadal tańczę obijając się o tytan i tracąc kolejną i kolejną część. Pragnę latać skrzydłami, których już nie mam. Chcę zamknąć oczy i czytać wiersze wydarte z mojego serca. Odpłynąć łodzią na głęboki ocean aby topić się w nim, będąc jak najdalej od tego świata. Głuchnę z dnia na dzień, ślepnę, tracę smak i nie czuję już nic. Nie oddycham, tylko dławię się trucizną tych, mających się za Bogów. Chcę pływać, chcę tonąć, chcę być jak najdalej. Moje łzy stały się diamentami sprzedawanymi na rynku chciwców i potworów. Każą tańczyć mi przywiązując sznurki do rąk i nóg, narzucając jak.
Była człowiekiem i jak każdemu człowiekowi, chłód jej nie sprzyjał. Wiedziała jednak, że jest on dla niej najlepszy. Była jednak dzieckiem ciągniętym za rękę przez swoje niespełnione marzenia. Rodzicami stał się strach i nienawiść.
Kiedy w końcu całkiem oślepła, nazwano ją wiedźmą. Albowiem ślepotą widziała więcej niż oni wszyscy, ślepotą, którą nie mogła odrzucić od siebie obrazów niepotrzebnych w jej życiu. Nadal tańcząc tak jak pociągali za sznurki, tym razem z nienawiścią na twarzy. W końcu je przegryzła i uciekła gubiąc się w ludzkich celach, w ludzkich pragnieniach, pozbawiających jej swoich własnych. Muzyka w uszach wracała jednak smutna jak nigdy wcześniej.
Biegłam tak szybko jak się da, potykając i zdzierając kolana co chwilę. W stronę urwiska, z widokiem na zachodzące słońce koloru zbliżającej się krwi. Skoczyłam chcąc znów lecieć i być w chmurach, których nie chciano mi już dać.
Upadła łamiąc to co było porcelaną pod jej ratującym życie tytanem. Nie chciała wstawać ale wtedy tam na dole usłyszała tą muzykę, tą samą jakiej słuchała w swoim świecie. Podniosła się i szła w tamtą stronę krokiem tak niepewnym jak nigdy wcześniej. Struny, po których spływała krew i twarz zasłonięta niechęcią do życia. Ciało chciało znów wpaść w rytm tych nut i tańczyć, ale ona postanowiła stać i się tylko wpatrywać. Tańca sobie zakazała, już dawno. Jej taniec nie miał prawa istnieć bo potwory kaleczyły jej nogi podczas każdego przedstawienia.Podeszła bliżej i właśnie wtedy, każda struna rzucała w jej stroną coś, czego nikt wcześniej nie opisał. Zaczęła się cofać z przerażeniem w ślepych oczach, których nikt nie widział. Rozbijał jej tytanową maskę myśląc, że ma do tego prawo. Nie używając wcześniej słów potworów padając na ziemię teraz klęła jak opętana, nie chciała już nikogo widzieć tymi oczyma pod mleczną warstwą. Jej umysł momentalnie zaczął popełniać co raz więcej błędów niż wcześniej. Łzy już nie zamieniały się w diamenty, stały się takie jak kiedyś zlewając się ze szkarłatną krwią wypływającą z poranionych policzków przez tytan. Nie czuła jednak bólu. Wszystko oblewające jej ciało zamieniło się w srebrzysty proch, a ona siedziała na brudnej ziemi bez słowa. Strach z chwili na chwilę mijał i skupiła się już tylko na muzyce. Spuściła głowę i nie chciała tam patrzeć, bezpodstawnie obwiniając tą muzykę za wszystko. W swojej głowie nadal popełniając błędy.
Siedziała tak dni, tygodnie i miesiące, słuchając i okrywając się własnymi rękoma przed chłodnym wiatrem, który pod koniec zadecydował o wszystkim. Kiedy tylko raz uniosła twarz zasłoniętą włosami, wiatr rozwiał je i nakazał dryfować w powietrzu. Tamta twarz też już nie była zasłonięta tym całym złem. Muzyka przestała grać, a wcześniej spustoszałe spojrzenia nakierowały się na siebie wprawiając w strach oplatany fascynacją. Trwało to chwilę i było intymniejsze niż tak zwany przez zwykłych ludzi pocałunek. Oparła się ręką o brudną ziemię i podniosła na równe nogi idąc w tamtą stronę, niepewnie, nie mogąc się powstrzymać. A z każdym krokiem wyczytała więcej i czuła się co raz lepiej. Było ciemno, drogę oświetlało tylko chłodne światło księżyca. Nie zważała uwagę na to czy mokła i zasiadła koło niego opuszczając spojrzenie, teraz patrzyła przed siebie milcząc tak samo jak on.
A wtedy oparłam głowę o jego ramię mówiąc.
- Popełniam zbyt wiele błędów.-A wtedy on znów zaczął grać i momentalnie do nozdrzy dobił się zapach cudownej lawendy.
środa, 16 lipca 2014
Sibling
Wszedł do pomieszczenia skąpanego w mroku. Tylko gdzieniegdzie wyłaniały się przebłyski spowodowane światłem księżyca w pełnej okazałości. Chłodne jak lód miejsce, powstałe z ziarna czegoś gorszego niż samo piekło. Pozawieszane nagie ciała na hakach o kolorze chińskiej porcelany. Skapująca z nich krew zalewała całe podłoże wyłożone czarnym kamieniem - wyglądali jak świnie podczas rzezi. W pewnych miejscach porozstawiane zostały świecie, nie miały jednak prawa być zapalone i zakłócić ciemności tego miejsca. Gdyby tak się jednak stało, gdyby to pomieszczenie zostało zalane ciepłym światłem. Runęłoby, a razem z jego runięciem najgorsze zło jakie znały wszystkie światy, wyżarłoby każdą okoliczną wioskę. Ludzie się bali tego miejsca i mieli do tego powody. Mówili iż zamieszkała tam wiedźma, demon czy coś kompletnie skażonego i nie do zaakceptowania. Zamieszkała tam jednak kobieta piękniejsza od samej Lilith, która w pierwszych dniach swego istnienia zastąpiona została Ewą.
Zatrzymał się i klęknął na jednym kolanie spuszczając głowę.
- Wybacz Pani wizytę bez zapowiedzi.-Z mroku wyłoniła się trupio blada istota, o kosmykach długich i czarnych jak smoła, ślepych oczach i białej sukni wirującej w powietrzy, w którym się unosiła. Nie odezwała się ani słowem ale zbliżała się do mężczyzny schowanego w szacie.- Przysyła mnie Uriel.
Zstąpiła na ziemię i podeszła do niego wyglądając jakby płynęła na dnie ciemnego oceanu. Palcem z długim szponem uniosła podbródek posłańca spoglądając mu w złociste oczy.
Ręka mu się trzęsła, a irytacja oraz zdenerwowanie wzrastało. Nie umiał na niczym skupić wzroku, latał on gdzie popadnie. Był w sytuacji najgorszej, której nigdy by nie przewidział. Był zdesperowany, na tyle, że poświęciłby chyba wszystko.
- Panie, jakie są twe rozkazy?
- Gdzie jest Angra.-Hades bał się odpowiedzieć, jednak wiedział, że taka jest jego powinność.
- Nie wiem Panie, zniknął.-Uriel ze zdenerwowania strącił wszystko z biurka i warknął na Hadesa.
- Gdzie do kurwy nędzy jest Angra?! Gdzie do diabła jest Valery Erasus?!-W jego oczach było w tym momencie tyle nienawiści, że Hades nie był w stanie w nie patrzeć. Czuł jak ręka zaczęła mu się trząść i wzbudziła się w nim chęć odejścia jak najdalej od swojego władcy.
- Nie wiem Panie...
- To się kurwa dowiedz!-Złapał się za białe kosmyki i nie wiedział już co wymyślić. Byli w krytycznej sytuacji. Nathanel zwerbował wojska, o których świat już zapomniał. Jedno z dwóch wojsk, które były w stanie zgładzić całe uniwersum. To już nie była bitwa dwóch sprzecznych sobie przywódców. To miała być egzekucja. Uriel zgromadził najpotężniejsze istoty, o których zdołał się dowiedzieć. Noel'a, Azayę, Venoma, Otepha, Vervila, Nevila i co najważniejsze Erasus'a - tak zwanego Angrą. Tym istotą nie mógł dorównać nikt z wojsk Nathanela, więc przez dłuższy czas Uriel był spokojny. Tym razem posunięcie wroga przewyższyło jego wyobraźnię i jej najgorsze scenariusze.
Momentalnie spojrzał się w stronę okna nie wierząc, że taki wątek przejdzie mu przez myśl. Ostatnia deska ratunkowa, która byłaby w stanie coś zdziałać. Wiedział jednak, że będzie się brudził prawdziwym ziarnem zła. Spojrzał w stronę Uriela, którym nie spoglądał jeszcze nigdy.
- Panie...-Hades od razu zrozumiał. W końcu chodziło o wojnę z wojskiem miażdżącym wszystkich dookoła za pstryknięciem palca.
- To jedyne wyjście. Nie zostało mi nic innego.
- Ale Panie...
- Zapierdalaj tam...-Rozkazał, ale Hades pomimo słów Uriela nie wiedział do końca co zrobić.- JUŻ!-Warknął tonem, który mógłby zburzyć ściany całego budynku. Hades już nie czekał, zniknął za drzwiami komnaty swego białego Pana.
Bał spoglądać się w te jej mleczne ślepia, pomimo iż nic po przez nie nie widziała. Taka kaleka istota, obmywająca się w tak wielkim respekcie całego świata poza ziemskiego.
- A więc drogi Hadesie, czego pragnie mój brat?-Wargi Hadesa wpierw się trzęsły, potem jednak wymówił twardym tonem.
- Wojny, wojny z batalionem bezimiennego.-Wpadła w gorzki śmiech.
- Oh mój kochany Hadesie.-Ten jej melodyjny głos wwiercający się w umysł. Ta jej chłodna dłoń, którą ułożyła na jego policzku. Prawie taka sama jak Uriela, jednak sam jej dotyk sprawiał, że czuło się przytłoczonym. To było jak dotyk Angry, tylko paskudniejszy, o wiele paskudniejszy.- Czyli mój brat chce wojny z batalionem mojego kochanego bezimiennego.-Powoli odsuwała rękę nacinając pazurem jego policzek.
- Tak Pani.-Nawet nie skrzywił się z bólu, bał się dawać jakichkolwiek oznak słabości. Słabości, które były przynależne ofiarą. Ta piękna kobieta to bestia, zabiłaby go. Siostra samego Uriela, rozsądnego i dobrego władcy z idealnym światem. Jego idealnego Pana. Raz, tylko jeden jedyny raz usłyszał wzmiankę o tym, że to rodzeństwo jest do siebie bardziej podobne niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tylko jakim cudem jego Pan, dbający o swój lód, mógłby być taką bestią.
- Czemu więc sam nie stanie do bitwy?
- Pani, to batalion, który nie toczy wojny, tylko egzekucję.-Przez chwilę chciał się unieść, ale przed wypowiedzią porządnie ugryzł się w język. Lepiej takie ugryzienie, niż stracenie go aby dołączył do kolekcji innych, którymi się żywiła.
- Co z tego drogi Hadesie? Czyżbyś nie znał swojego pana?-Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Po dłuższym braku odpowiedzi zrozumiała jak bardzo jej brat się zatuszował, w tym jego idealnym świecie.- Przekaż memu bratu, że będzie miał wojnę taką, jakiej zawsze pragnął. Znów zaczęła się śmiać, a wszędzie dookoła rozniosły się szepty zabitych tutaj ofiar.
Zatrzymał się i klęknął na jednym kolanie spuszczając głowę.
- Wybacz Pani wizytę bez zapowiedzi.-Z mroku wyłoniła się trupio blada istota, o kosmykach długich i czarnych jak smoła, ślepych oczach i białej sukni wirującej w powietrzy, w którym się unosiła. Nie odezwała się ani słowem ale zbliżała się do mężczyzny schowanego w szacie.- Przysyła mnie Uriel.
Zstąpiła na ziemię i podeszła do niego wyglądając jakby płynęła na dnie ciemnego oceanu. Palcem z długim szponem uniosła podbródek posłańca spoglądając mu w złociste oczy.
Ręka mu się trzęsła, a irytacja oraz zdenerwowanie wzrastało. Nie umiał na niczym skupić wzroku, latał on gdzie popadnie. Był w sytuacji najgorszej, której nigdy by nie przewidział. Był zdesperowany, na tyle, że poświęciłby chyba wszystko.
- Panie, jakie są twe rozkazy?
- Gdzie jest Angra.-Hades bał się odpowiedzieć, jednak wiedział, że taka jest jego powinność.
- Nie wiem Panie, zniknął.-Uriel ze zdenerwowania strącił wszystko z biurka i warknął na Hadesa.
- Gdzie do kurwy nędzy jest Angra?! Gdzie do diabła jest Valery Erasus?!-W jego oczach było w tym momencie tyle nienawiści, że Hades nie był w stanie w nie patrzeć. Czuł jak ręka zaczęła mu się trząść i wzbudziła się w nim chęć odejścia jak najdalej od swojego władcy.
- Nie wiem Panie...
- To się kurwa dowiedz!-Złapał się za białe kosmyki i nie wiedział już co wymyślić. Byli w krytycznej sytuacji. Nathanel zwerbował wojska, o których świat już zapomniał. Jedno z dwóch wojsk, które były w stanie zgładzić całe uniwersum. To już nie była bitwa dwóch sprzecznych sobie przywódców. To miała być egzekucja. Uriel zgromadził najpotężniejsze istoty, o których zdołał się dowiedzieć. Noel'a, Azayę, Venoma, Otepha, Vervila, Nevila i co najważniejsze Erasus'a - tak zwanego Angrą. Tym istotą nie mógł dorównać nikt z wojsk Nathanela, więc przez dłuższy czas Uriel był spokojny. Tym razem posunięcie wroga przewyższyło jego wyobraźnię i jej najgorsze scenariusze.
Momentalnie spojrzał się w stronę okna nie wierząc, że taki wątek przejdzie mu przez myśl. Ostatnia deska ratunkowa, która byłaby w stanie coś zdziałać. Wiedział jednak, że będzie się brudził prawdziwym ziarnem zła. Spojrzał w stronę Uriela, którym nie spoglądał jeszcze nigdy.
- Panie...-Hades od razu zrozumiał. W końcu chodziło o wojnę z wojskiem miażdżącym wszystkich dookoła za pstryknięciem palca.
- To jedyne wyjście. Nie zostało mi nic innego.
- Ale Panie...
- Zapierdalaj tam...-Rozkazał, ale Hades pomimo słów Uriela nie wiedział do końca co zrobić.- JUŻ!-Warknął tonem, który mógłby zburzyć ściany całego budynku. Hades już nie czekał, zniknął za drzwiami komnaty swego białego Pana.
Bał spoglądać się w te jej mleczne ślepia, pomimo iż nic po przez nie nie widziała. Taka kaleka istota, obmywająca się w tak wielkim respekcie całego świata poza ziemskiego.
- A więc drogi Hadesie, czego pragnie mój brat?-Wargi Hadesa wpierw się trzęsły, potem jednak wymówił twardym tonem.
- Wojny, wojny z batalionem bezimiennego.-Wpadła w gorzki śmiech.
- Oh mój kochany Hadesie.-Ten jej melodyjny głos wwiercający się w umysł. Ta jej chłodna dłoń, którą ułożyła na jego policzku. Prawie taka sama jak Uriela, jednak sam jej dotyk sprawiał, że czuło się przytłoczonym. To było jak dotyk Angry, tylko paskudniejszy, o wiele paskudniejszy.- Czyli mój brat chce wojny z batalionem mojego kochanego bezimiennego.-Powoli odsuwała rękę nacinając pazurem jego policzek.
- Tak Pani.-Nawet nie skrzywił się z bólu, bał się dawać jakichkolwiek oznak słabości. Słabości, które były przynależne ofiarą. Ta piękna kobieta to bestia, zabiłaby go. Siostra samego Uriela, rozsądnego i dobrego władcy z idealnym światem. Jego idealnego Pana. Raz, tylko jeden jedyny raz usłyszał wzmiankę o tym, że to rodzeństwo jest do siebie bardziej podobne niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tylko jakim cudem jego Pan, dbający o swój lód, mógłby być taką bestią.
- Czemu więc sam nie stanie do bitwy?
- Pani, to batalion, który nie toczy wojny, tylko egzekucję.-Przez chwilę chciał się unieść, ale przed wypowiedzią porządnie ugryzł się w język. Lepiej takie ugryzienie, niż stracenie go aby dołączył do kolekcji innych, którymi się żywiła.
- Co z tego drogi Hadesie? Czyżbyś nie znał swojego pana?-Spojrzała na niego z zaciekawieniem. Po dłuższym braku odpowiedzi zrozumiała jak bardzo jej brat się zatuszował, w tym jego idealnym świecie.- Przekaż memu bratu, że będzie miał wojnę taką, jakiej zawsze pragnął. Znów zaczęła się śmiać, a wszędzie dookoła rozniosły się szepty zabitych tutaj ofiar.
niedziela, 13 lipca 2014
Odłamek zamku kłamstw.
Budząc się każdego poranka oczy parzy słońce, umysł pragnie deszczu a słuch ciszy. Dotyk nie pragnie już niczego wiedząc, że przyjemność została już czymś nikłym. Ciało nie zostało obmyte z trucizny, usta czują jak ta purpurowa ciecz między nie wpływa. Zbudowany świat, został zbudowany tylko po to aby być zburzonym. Złoty kolor oczu jak pierścień wciąż całowany, lorda, który oszukiwał - zalane pustką na wieki.
Dusza zaprzedana, za czysty umysł, w cieniu przesuwa się za rozsądkiem blaknąc z każdą chwilą. Bezpowrotna i pełna nadziei, której ciało już nie chce.
Za rękę idąc i żyjąc odpowiedzialnie bez szczęścia, patrząc nie na szczęście ale spokój w oddali. Wszystko zostało zbudowane aby zostać zburzonym. A na szczycie szklanej budowli lustro z odbiciem ukazującym całą prawdę. Wszystkie maski zamienione w proch, ale pod nimi nie kryje się już nic. Universum, a zarazem jego koniec. Spojrzenie, które żyło, matowe i martwe. Staje się tylko częścią.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Wpadam do rzeki lśniąc w niej i tracąc z każdym uderzeniem skały pewną część. Z wodospadu wybija się pył podobny do skruszonych diamentów. On tam stoi odziany w czerni, kosmykami wilgotne od wody smolistego koloru, a spojrzenie przejrzyste i pozbawione dobra. Kaleczący proch przez niego przechodzi i znów zamienia się w istotę obdartą ze wszystkich marzeń. Za nim jego świat spowity w czerni i szkarłacie, piekło będące niebem.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Ale czarny rycerz łapie mnie za rękę zabierając do świata, który sprawia iż spływa po mnie czerń.
Wirując w przestrzeni między po za czasem, nie liczy się z odpowiedzialnością w życiu bez szczęścia. Unosząc ręce ku górze, dając obmyć się z trucizny. Otula się w bieli, wyciągając pokruszone serce na tacy. Pokutując, a potem gardząc łaską. Oszukując nawet samego Boga i wracając za rękę z czarnym rycerzem do zamku brutalnej prawdy. Stając się bezlitosnym, obojętnym, potężnym.
Teraz chowam odłamek zamku kłamstw w srebrnej szkatułce, wsuwając ją pod szpony bestii pozbawionej oczu. Wspomnienia stały się niczym, zniknęły aby żyć w umysłach innych.
Dusza zaprzedana, za czysty umysł, w cieniu przesuwa się za rozsądkiem blaknąc z każdą chwilą. Bezpowrotna i pełna nadziei, której ciało już nie chce.
Za rękę idąc i żyjąc odpowiedzialnie bez szczęścia, patrząc nie na szczęście ale spokój w oddali. Wszystko zostało zbudowane aby zostać zburzonym. A na szczycie szklanej budowli lustro z odbiciem ukazującym całą prawdę. Wszystkie maski zamienione w proch, ale pod nimi nie kryje się już nic. Universum, a zarazem jego koniec. Spojrzenie, które żyło, matowe i martwe. Staje się tylko częścią.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Wpadam do rzeki lśniąc w niej i tracąc z każdym uderzeniem skały pewną część. Z wodospadu wybija się pył podobny do skruszonych diamentów. On tam stoi odziany w czerni, kosmykami wilgotne od wody smolistego koloru, a spojrzenie przejrzyste i pozbawione dobra. Kaleczący proch przez niego przechodzi i znów zamienia się w istotę obdartą ze wszystkich marzeń. Za nim jego świat spowity w czerni i szkarłacie, piekło będące niebem.
Jestem jedynie odłamkiem zamku zbudowanego z kłamstw, wiernym jego władcy. Ale czarny rycerz łapie mnie za rękę zabierając do świata, który sprawia iż spływa po mnie czerń.
Wirując w przestrzeni między po za czasem, nie liczy się z odpowiedzialnością w życiu bez szczęścia. Unosząc ręce ku górze, dając obmyć się z trucizny. Otula się w bieli, wyciągając pokruszone serce na tacy. Pokutując, a potem gardząc łaską. Oszukując nawet samego Boga i wracając za rękę z czarnym rycerzem do zamku brutalnej prawdy. Stając się bezlitosnym, obojętnym, potężnym.
Teraz chowam odłamek zamku kłamstw w srebrnej szkatułce, wsuwając ją pod szpony bestii pozbawionej oczu. Wspomnienia stały się niczym, zniknęły aby żyć w umysłach innych.
piątek, 11 lipca 2014
Darkness
Otworzyła oczy widząc ciemność, leżąc w łóżku i nie mając siły nawet na podniesienie ręki. Ostatni tydzień stał się wyczerpujący, coś złego wpełzało do jej umysłu i wysysało życie. Pomimo wszystko była do tego przyzwyczajona, to nie był pierwszy raz. Już od kilku lat nie mogła spać w nocy, kłamała wobec swojego stanu psychicznego, sztucznie się uśmiechnęła i każdego poranka chciała uciec w przestworza. Chwilami już nie czuła, że była sobą, nie była pewna swojej obecności, rzeczywistości i ludzi dookoła niej. Nerwy zasłaniała papierosami i alkoholem, smutek topiła w nocnych spacerach po lasach. Jej zmęczenie z czasem pragnęło aby zamilkła, nie odzywała się do ludzi i nie zwracała na nich uwagi. Chciała się zamknąć w świecie, w którym otulałaby ją samotność. Pragnęła powrotu tych dwóch, tego złego i tego dobrego, którzy żyli tylko w jej umyśle. W umyśle, a jednak czasem miała wrażenie, że są oni bardziej realni niż wszyscy dookoła. Osoby, który się o tym dowiedziały mówiły, że jest to smutne, po przez to chciały powiedzieć jaka dziwna była jej osoba. Jaka dziecinna i nie rozsądna. Nie żyjąca w świecie, nie będąca odpowiedzialną. Osoby, które nie znały nawet skrawka jej życia, oceniały je i karciły za każde nawet małe potknięcie. Ona po tym tylko tonęła, w swoich myślach w bezsilności. Wolała wszystkich tracić niż starać się aby znów być odtrąconą i nie zrozumianą. Zrozumienie, to było coś co mijało z wiatrem, słowa pana kłamstw.
Spróbowała się podnieść przez co jej ciało zaczęło drżeć. Nie było zimno jednak na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Usta sinego koloru, ciemne sińce pod oczami, zaczerwienione oczy. Bezsenność sprawiała, że była co raz wstrętniejsza i odpychająca dla innych. Nie dbała o to, już nie umiała. Kiedyś chciała być idealna dla każdego, chciała być na tyle dostojna aby każdy doceniał jej zewnętrzną stronę. Od dłuższego czasu przestało jej na tym zależeć. Zdanie ludzi było mylne ich pomoc bezużyteczna, a ciepło stało się zimne jak bryła lodu. Czemu więc miała się dla nich starać? Nikt jej nie rozumiał, mówili, że rozumieją ale w prawdzie nawet się nie starali. Kiedyś pragnęła pomocy, będąc osobą cichą wewnątrz siebie wydzierała się pod wpływem agonii. Czuła, że wewnątrz umierała. Z miesiąca na miesiąc ludzkie odruchy stały się jej obce, odrzucające i przerażające. Oschłość i empatia stały się priorytetem. Nie umiała nic zaoferować ludźmi, nie umiała współczuć im kiedy cierpieli. Życie z czasem zrobiło z niej bezdusznego potwora. Czasem mówiła sama sobie, że zaprzedała duszę dla czystego umysłu i tej decyzji nigdy nie pożałowała. Były czasy, w których umiała się poświęcić. Odstawiała swoje ambicje na trzecią półkę, a problemy innych stały się najważniejsze. Szkoda tylko, że za każdym razem kiedy wszystko zostało naprawione, ona została porzucana. Poniżono ją nie raz, znieważono i tak jak wcześniej było wspomniane, wytykana za każde potknięcie. Dzisiaj pragnęła tylko osiągać swoje postanowione cele, które do dnia obecnego jeszcze nie przeminęły. Chciała stać się wyższością, stać się kimś kto na resztę może spojrzeć z góry pogardliwym wzrokiem. Bez słowa, bez zainteresowania.
Poszła w stronę kuchni szukając paczki papierosów, które jak zwykle się zagubiły. Wpierw znalazła zapalniczkę nerwowo co chwilę ją odpalając. Potem nareszcie znalazła papierosy. Wsunęła jednego między wargi i odpaliła zaciągając się tak mocno jak tylko mogła. W ten oto sposób mogła zapewnić sobie helikopter, którego potrzebowała. Schyliła się do szafki pod zlewem i wyciągnęła brandy, która jej została. Nie trudziła się ze znalezieniem jakiejś szklanki. Odkręciła butelkę i od razu zaczęła z niej pić. Była trochę zirytowana, że pieniądze, które zyskała na ciężkiej pracy co raz częściej szły na alkohol. Jej słaba głowa to tego stała się mocna i żeby się upić potrzebowała co najmniej czterdziestu procentowego litra.
Za swoimi plecami poczuła dość chłodną obecność, zignorowała. Wiedziała co to, wiedziała, że to halucynacje, które z każdym kolejnym dniem stawały się co raz bardziej potworne. Jednak zmagając się z tym tyle czasu, jak mogła się do tego nie przyzwyczaić?
Pociągnęła nosem czując jak wypływa z niego krew, wytarła się ręką i zachwiała. Powinna więcej jeść ale każdy kęs czegokolwiek stawał jej w przełyku. Nigdy nie umiała wymiotować a teraz robiła to co raz częściej. W zaciszu, czasem nawet spała pod kiblem. Traciła każdą siłę.
Zalecenia lekarskie zabraniają rozmawiać z halucynacjami, przestała tego przestrzegać.
- Gdzie jest reszta?-Nie usłyszała odpowiedzi.- Rozumiem, że zrobili sobie lekką przerwę. Każdy w końcu musi, nieprawdaż?-Westchnęła i zasiadła na sofie. Piła dalej i wypalała papierosa do końca.- Szkoda, że nie palisz, chętnie bym cię poczęstowała. Jak widzisz, że jestem aż taką egoistką.-Przewróciła oczami.- Eh, przez te bóle głowy mam ochotę znowu zapełnić sobie czas oglądaniem gore. Mam nadzieję, że się przysiądziesz, a ja poszukam czegoś dobrego. Nie obiecuję jednak za dużo, ludzie są tak mętni, że nie potrafią wyprodukować czegoś na tyle ambitnego abym mogła to uznać za dobre. Nalała brandy do stojącej szklanki na szklanym stoliku. Uniosła ją i wręczyła do ręki swojej zwidzie. Szklanka upadła, rozsypała się na kawałki a ona z beznamiętnym wyrazem twarzy przeszła po tych drobinkach.-Sierota z ciebie, zmarnowałam tylko alkohol.
Po jakimś czasie włączyła horror w połowie mając ochotę na nim zasnąć. Organizm pragnął snu jednak powieki nie mogły się zamknąć. Skończył się w nudny sposób, jak każdy inny. Podłączyła pendrive do telewizora i włączyła muzykę z Dead Silence. To jedyna kołysanka, przy której chciało jej się tańczyć. Było przyjemnie, do czasu aż jej spokój zakłóciło pukanie do drzwi. Spojrzała w ich kierunku i głęboko się zastanowiła czy powinna otwierać. Czy jej się chce i czy to nie ktoś na kogo kompletnie nie miała ochoty. W końcu jednak zdecydowała się aby otworzyć. Zeszła po schodach i przekręciła zamek drzwi wpuszczając do środka nikogo innego jak samego Eliasa. Starszy o piętnaście lat od niej mężczyzna, z którym nie raz się przespała. Nie czuła do niego jednak nic, co nie zmieniało faktu, że był jej potrzebny.
- Tak jak chciałaś, do ręki.-Wyciągnął w jej kierunku pięć tysięcy, które zarobiła w przeciągu tygodnia.-Ładnie zaczęłaś zarabiać.
- Mhm.-Zabrała to co swoje i poszła na górę nie dbając o to co zrobi mężczyzna. On postanowił zamknąć drzwi i udać się za nią. Czy to nieco natrętne? Chyba, no ale trudno.
Nagle zadał jej pytanie, którego nienawidziła.
- Bierzesz leki? Słabo wyglądasz?
- A co ci do tego?
- Jak mamy razem pracować to raczej powinienem się upewniać, że o siebie dbasz.-Poszła do kuchni wyciągnęła fiolkę z tabletkami. Wyciągnęła cztery, czyli tyle powinna i na jego oczach je połknęła.- No i dobrze.-Usiadł na sofie i westchnął widząc butelkę alkoholu.- Ile razy powtarzałem ci abyś nie mieszała alkoholu z lekami?
- Daj mi spokój.-Odparła w oschły sposób. Przysiadła się niedaleko niego, wzrok skupiając jednak na postaci, która istniała tylko w jej głowie.
- Dostałaś nowe zlecenie. Tym razem większe niż nawet to ostatnie. Facet, który tego zapragnął jest przy kasie i z niewiadomych przyczyn ma fisia na twoim punkcie.
- Czego dokładniej chce?-Spojrzała na niego ukradkiem swoim zielonym wzrokiem.
- Konceptów do gry, którą tworzą jego pachoły. Zapoznał się z twoim stylem a gra ma być gatunku gore. Nie znalazł nikogo innego kto mógłby tak kontrowersyjnie podchodzić do tego tematu.
- A zapłata?
- Jeszcze o tym z nim konkretnie nie gadałem ale burknął coś na temat dziesiątki.
- Tysiąca?-Nieco się zdziwiła.- Widocznie naprawdę nie ma co robić z pieniędzmi.
- Ano racja. Masz jednak tylko tydzień, cztery projekty wstępnie. Powiedział, że jeżeli zdadzą egzamin to osobiście chce porozmawiać z tobą na temat dalszej współpracy.-Złapała za butelkę i trochę upiła.
- Wiesz doskonale...
- Że nie lubisz się osobiście spotykać z klientami, tak wiem. Powtarzasz to na okrągło.
- Bo idiotycznie napierasz.-Przewróciła oczami.
- Zrobisz jak chcesz ale powiem ci tylko tyle, że dziesięć tysięcy nie chodzi piechotą.-Wariat - pomyślała o nowym kliencie.- Nigdy jeszcze tyle ci nie zapłacono.
- A jednak musiał być ten pierwszy raz.
Przez chwilę trwali w ciszy, kiedy to on się zaśmiał a ona zapytała.
- Gdzie twoja słodziuchna żonka?
- Pojechała z dziewczynkami do matki, chciała zrobić sobie wolne od jak to ona powiedziała ''uciążliwej pracy''
- Malowania paznokci i ignorowania telefonów od klientów?
- Dokładnie.-Jakie to bezsensowne, że niektórzy muszą harować nocami i dniami aby wzbić się na szczyt. Natomiast niektórzy poświecą pizdą i mają wszystko czego pragną.
- Biedna.
- Co masz na myśli?
- Kochająca, troskliwa pomimo wszystko. Matka twoich kochających ją dzieci, a ty ją tak kłamiesz.-Zakpiła.
- Źle ci z tym.-Nie odpowiedziała chcąc dać mu do zrozumienia, że raczej ją to nie interesuje. On się nagle przysunął i silną ręką złapał jej brodę. Nie był delikatny, nigdy nie był. Jednak ona nigdy nie oczekiwała tego aby traktował ją jak pierdoloną księżniczkę.- Swoją drogą dawno cię nie przerżnąłem.-Powiedział to tak bezpośrednio i tak władczo aby mogła poczuć tą jego przewagę. Ona nie miała sił, on był natomiast dobrze zbudowanym jak na swój wiek i silnym mężczyzną.
- Zostaw mnie, nie chcę.-Zaprotestowała na samą myśl o seksie czując, że robi jej się mdło.
- Zgadnij jak bardzo mnie to interesuje.-Nie czekał dłużej, złapał ją mocno za włosy i zaczął się dobierać. Chciała przez chwilę zaprotestować ale wiedziała, że jest to bezsensowne. On zrobił swoje, tak jak chciał. Zaspokoił się i dostał to czego od swojej dupy nie dostawał.
Zaczęła się ubierać i dość szybko dokończyła butelkę brandy. Zrobiło się jej niedobrze jednak powstrzymała wymioty przełykając je z powrotem.- Czemu marudzisz. Każdy facet cię zostawił i aktualnie nie masz nikogo do wyluzowania się, aż tak ci źle?-Zapytał cynicznie. Zignorowała go, złapała butelkę i papierosy, a potem wyszła na balkon. Złapała się za włosy i usiadła pod ścianą. Nie czuła się poniżona, ale zmęczona takimi sytuacjami i nadal było jej niedobrze.
Spróbowała się podnieść przez co jej ciało zaczęło drżeć. Nie było zimno jednak na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Usta sinego koloru, ciemne sińce pod oczami, zaczerwienione oczy. Bezsenność sprawiała, że była co raz wstrętniejsza i odpychająca dla innych. Nie dbała o to, już nie umiała. Kiedyś chciała być idealna dla każdego, chciała być na tyle dostojna aby każdy doceniał jej zewnętrzną stronę. Od dłuższego czasu przestało jej na tym zależeć. Zdanie ludzi było mylne ich pomoc bezużyteczna, a ciepło stało się zimne jak bryła lodu. Czemu więc miała się dla nich starać? Nikt jej nie rozumiał, mówili, że rozumieją ale w prawdzie nawet się nie starali. Kiedyś pragnęła pomocy, będąc osobą cichą wewnątrz siebie wydzierała się pod wpływem agonii. Czuła, że wewnątrz umierała. Z miesiąca na miesiąc ludzkie odruchy stały się jej obce, odrzucające i przerażające. Oschłość i empatia stały się priorytetem. Nie umiała nic zaoferować ludźmi, nie umiała współczuć im kiedy cierpieli. Życie z czasem zrobiło z niej bezdusznego potwora. Czasem mówiła sama sobie, że zaprzedała duszę dla czystego umysłu i tej decyzji nigdy nie pożałowała. Były czasy, w których umiała się poświęcić. Odstawiała swoje ambicje na trzecią półkę, a problemy innych stały się najważniejsze. Szkoda tylko, że za każdym razem kiedy wszystko zostało naprawione, ona została porzucana. Poniżono ją nie raz, znieważono i tak jak wcześniej było wspomniane, wytykana za każde potknięcie. Dzisiaj pragnęła tylko osiągać swoje postanowione cele, które do dnia obecnego jeszcze nie przeminęły. Chciała stać się wyższością, stać się kimś kto na resztę może spojrzeć z góry pogardliwym wzrokiem. Bez słowa, bez zainteresowania.
Poszła w stronę kuchni szukając paczki papierosów, które jak zwykle się zagubiły. Wpierw znalazła zapalniczkę nerwowo co chwilę ją odpalając. Potem nareszcie znalazła papierosy. Wsunęła jednego między wargi i odpaliła zaciągając się tak mocno jak tylko mogła. W ten oto sposób mogła zapewnić sobie helikopter, którego potrzebowała. Schyliła się do szafki pod zlewem i wyciągnęła brandy, która jej została. Nie trudziła się ze znalezieniem jakiejś szklanki. Odkręciła butelkę i od razu zaczęła z niej pić. Była trochę zirytowana, że pieniądze, które zyskała na ciężkiej pracy co raz częściej szły na alkohol. Jej słaba głowa to tego stała się mocna i żeby się upić potrzebowała co najmniej czterdziestu procentowego litra.
Za swoimi plecami poczuła dość chłodną obecność, zignorowała. Wiedziała co to, wiedziała, że to halucynacje, które z każdym kolejnym dniem stawały się co raz bardziej potworne. Jednak zmagając się z tym tyle czasu, jak mogła się do tego nie przyzwyczaić?
Pociągnęła nosem czując jak wypływa z niego krew, wytarła się ręką i zachwiała. Powinna więcej jeść ale każdy kęs czegokolwiek stawał jej w przełyku. Nigdy nie umiała wymiotować a teraz robiła to co raz częściej. W zaciszu, czasem nawet spała pod kiblem. Traciła każdą siłę.
Zalecenia lekarskie zabraniają rozmawiać z halucynacjami, przestała tego przestrzegać.
- Gdzie jest reszta?-Nie usłyszała odpowiedzi.- Rozumiem, że zrobili sobie lekką przerwę. Każdy w końcu musi, nieprawdaż?-Westchnęła i zasiadła na sofie. Piła dalej i wypalała papierosa do końca.- Szkoda, że nie palisz, chętnie bym cię poczęstowała. Jak widzisz, że jestem aż taką egoistką.-Przewróciła oczami.- Eh, przez te bóle głowy mam ochotę znowu zapełnić sobie czas oglądaniem gore. Mam nadzieję, że się przysiądziesz, a ja poszukam czegoś dobrego. Nie obiecuję jednak za dużo, ludzie są tak mętni, że nie potrafią wyprodukować czegoś na tyle ambitnego abym mogła to uznać za dobre. Nalała brandy do stojącej szklanki na szklanym stoliku. Uniosła ją i wręczyła do ręki swojej zwidzie. Szklanka upadła, rozsypała się na kawałki a ona z beznamiętnym wyrazem twarzy przeszła po tych drobinkach.-Sierota z ciebie, zmarnowałam tylko alkohol.
Po jakimś czasie włączyła horror w połowie mając ochotę na nim zasnąć. Organizm pragnął snu jednak powieki nie mogły się zamknąć. Skończył się w nudny sposób, jak każdy inny. Podłączyła pendrive do telewizora i włączyła muzykę z Dead Silence. To jedyna kołysanka, przy której chciało jej się tańczyć. Było przyjemnie, do czasu aż jej spokój zakłóciło pukanie do drzwi. Spojrzała w ich kierunku i głęboko się zastanowiła czy powinna otwierać. Czy jej się chce i czy to nie ktoś na kogo kompletnie nie miała ochoty. W końcu jednak zdecydowała się aby otworzyć. Zeszła po schodach i przekręciła zamek drzwi wpuszczając do środka nikogo innego jak samego Eliasa. Starszy o piętnaście lat od niej mężczyzna, z którym nie raz się przespała. Nie czuła do niego jednak nic, co nie zmieniało faktu, że był jej potrzebny.
- Tak jak chciałaś, do ręki.-Wyciągnął w jej kierunku pięć tysięcy, które zarobiła w przeciągu tygodnia.-Ładnie zaczęłaś zarabiać.
- Mhm.-Zabrała to co swoje i poszła na górę nie dbając o to co zrobi mężczyzna. On postanowił zamknąć drzwi i udać się za nią. Czy to nieco natrętne? Chyba, no ale trudno.
Nagle zadał jej pytanie, którego nienawidziła.
- Bierzesz leki? Słabo wyglądasz?
- A co ci do tego?
- Jak mamy razem pracować to raczej powinienem się upewniać, że o siebie dbasz.-Poszła do kuchni wyciągnęła fiolkę z tabletkami. Wyciągnęła cztery, czyli tyle powinna i na jego oczach je połknęła.- No i dobrze.-Usiadł na sofie i westchnął widząc butelkę alkoholu.- Ile razy powtarzałem ci abyś nie mieszała alkoholu z lekami?
- Daj mi spokój.-Odparła w oschły sposób. Przysiadła się niedaleko niego, wzrok skupiając jednak na postaci, która istniała tylko w jej głowie.
- Dostałaś nowe zlecenie. Tym razem większe niż nawet to ostatnie. Facet, który tego zapragnął jest przy kasie i z niewiadomych przyczyn ma fisia na twoim punkcie.
- Czego dokładniej chce?-Spojrzała na niego ukradkiem swoim zielonym wzrokiem.
- Konceptów do gry, którą tworzą jego pachoły. Zapoznał się z twoim stylem a gra ma być gatunku gore. Nie znalazł nikogo innego kto mógłby tak kontrowersyjnie podchodzić do tego tematu.
- A zapłata?
- Jeszcze o tym z nim konkretnie nie gadałem ale burknął coś na temat dziesiątki.
- Tysiąca?-Nieco się zdziwiła.- Widocznie naprawdę nie ma co robić z pieniędzmi.
- Ano racja. Masz jednak tylko tydzień, cztery projekty wstępnie. Powiedział, że jeżeli zdadzą egzamin to osobiście chce porozmawiać z tobą na temat dalszej współpracy.-Złapała za butelkę i trochę upiła.
- Wiesz doskonale...
- Że nie lubisz się osobiście spotykać z klientami, tak wiem. Powtarzasz to na okrągło.
- Bo idiotycznie napierasz.-Przewróciła oczami.
- Zrobisz jak chcesz ale powiem ci tylko tyle, że dziesięć tysięcy nie chodzi piechotą.-Wariat - pomyślała o nowym kliencie.- Nigdy jeszcze tyle ci nie zapłacono.
- A jednak musiał być ten pierwszy raz.
Przez chwilę trwali w ciszy, kiedy to on się zaśmiał a ona zapytała.
- Gdzie twoja słodziuchna żonka?
- Pojechała z dziewczynkami do matki, chciała zrobić sobie wolne od jak to ona powiedziała ''uciążliwej pracy''
- Malowania paznokci i ignorowania telefonów od klientów?
- Dokładnie.-Jakie to bezsensowne, że niektórzy muszą harować nocami i dniami aby wzbić się na szczyt. Natomiast niektórzy poświecą pizdą i mają wszystko czego pragną.
- Biedna.
- Co masz na myśli?
- Kochająca, troskliwa pomimo wszystko. Matka twoich kochających ją dzieci, a ty ją tak kłamiesz.-Zakpiła.
- Źle ci z tym.-Nie odpowiedziała chcąc dać mu do zrozumienia, że raczej ją to nie interesuje. On się nagle przysunął i silną ręką złapał jej brodę. Nie był delikatny, nigdy nie był. Jednak ona nigdy nie oczekiwała tego aby traktował ją jak pierdoloną księżniczkę.- Swoją drogą dawno cię nie przerżnąłem.-Powiedział to tak bezpośrednio i tak władczo aby mogła poczuć tą jego przewagę. Ona nie miała sił, on był natomiast dobrze zbudowanym jak na swój wiek i silnym mężczyzną.
- Zostaw mnie, nie chcę.-Zaprotestowała na samą myśl o seksie czując, że robi jej się mdło.
- Zgadnij jak bardzo mnie to interesuje.-Nie czekał dłużej, złapał ją mocno za włosy i zaczął się dobierać. Chciała przez chwilę zaprotestować ale wiedziała, że jest to bezsensowne. On zrobił swoje, tak jak chciał. Zaspokoił się i dostał to czego od swojej dupy nie dostawał.
Zaczęła się ubierać i dość szybko dokończyła butelkę brandy. Zrobiło się jej niedobrze jednak powstrzymała wymioty przełykając je z powrotem.- Czemu marudzisz. Każdy facet cię zostawił i aktualnie nie masz nikogo do wyluzowania się, aż tak ci źle?-Zapytał cynicznie. Zignorowała go, złapała butelkę i papierosy, a potem wyszła na balkon. Złapała się za włosy i usiadła pod ścianą. Nie czuła się poniżona, ale zmęczona takimi sytuacjami i nadal było jej niedobrze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)