poniedziałek, 17 marca 2014

Surrender to wake up and survive. Part 1

Część pierwsza.

Smukła postać okryta czarną płachtą, z twarzą brudną od dwóch blizn jednakże jaką piękną. Piękniejszy niż nie jedna kobieta, urokliwy jak porcelanowa lalka, a oczy złote i przepełnione mętną pustką. Cera blada jak skrawek białego papieru, a półdługie kosmyki o kolorze wyblakłej słomy. Pełne usta, długie rzęsy.

Tak nieskazitelny i bezlitosny, pokonywał drogę jednego z najpaskudniejszych miejsc graniczących między piekłem a niebem. Czym bardziej zagłębiano się w zakamarki tego pustkowia, słyszeć można co raz więcej uporczywych i mrożących krew w żyłach szeptów. Nie były one jednak złudą, były tym, co otaczało go dookoła. Gdzieniegdzie ukradkiem można było ujrzeć jak po skalistych ścianach spowitych granatem oraz cyjanem, przemieszczały się na pierwszy rzut oka istoty podobne do człowieka.  Brudne, blade oraz spragnione ofiary. Nie śmiały jednak zaatakować pięknego chłopaka, bo czuły najzwyczajniejszy w świecie respekt. Albowiem potęga jego, wręcz przytłaczała.
Ciągnął za szyję, błagającego o litość anioła. Ofiara w jego dłoni, trzymała mocno jego rękę aby się nie udusić, co i tak było nie lada wysiłkiem. Czarne i dość długie kosmyki, zalane potem przerażenia. Rozlatane zielone oczy, dokładnie widzące każde paskudztwo, dookoła nich.
 - Co to jest do cholery...-Niepewny oraz niepodobnie cichy ton głosu, zadał pytanie wydające się z biegiem chwili pytaniem retorycznym. Przyzwyczaił się, że blondyn nie zawsze mu odpowiadał. Nie był za przyjemną osobowością, chociaż parę osób, które zdążył poznać w tym miejscu wspominało o czasach kiedy urok tego anioła był powalający.- Ohydne.-Zaczesał włosy i trzymał się równym truchtem z jasnowłosym aniołem, nie miał odwagi zwolnić.
Dotarli na miejsce i dopiero wtedy jasnowłosy chłopak, puścił ciemnowłosego anioła.
 - Nie próbuj uciekać, to nie ma sensu.-Ton głosu miał spokojny oraz melodyjny.
 - Dlaczego szliśmy z nim aż tutaj?-Podążający za blondynem chłopak, zadał pytanie. Po raz kolejny nie doczekał się żadnego odzewu.- Angra?-Nacisnął, ponieważ tym razem zależało mu na odpowiedzi.
 - Anielskie prawa są skomplikowane, w tym natomiast miejscu prawo nie obowiązuje.-Wytłumaczył oschle i zwięźle.
 - Czyli?
 - Czyli można go bezkarnie rozpruć.-Towarzyszący aniołowi chłopak, wiedział ile brudnej roboty Angra odwala, z każdym jednym jednak razem otulało go co raz chłodniejsze uczucie. Czasami nawet zadawał sobie pytanie, jak coś tak pięknego może być tak bezlitosne?
 - Valery, błaga...-Skamlący anioł momentalnie urwał, kiedy poczuł ucisk na swojej szyi. Angra go jednak nie dotykał, nawet się do niego nie przysunął, Angra po prostu był samoistną potęgą.
 - Valery?-Towarzysz zmarszczył brwi, nigdy nie słyszał tego imienia.
 - Radzę ci tego nie powtarzać drugi raz.-Powiedział to tonem tak chłodnym, że Matt zrozumiał bez bicia ile może kosztować go kolejne słowo. Nagle przypomniała mu się rozmowa z Urielem.

Mężczyzna w barwie bieli, odpalił papierosa. Zaciągnął się, wypuścił dym i pozwolił wkraść się na swe usta uśmiechowi.
 - Na pewno chcesz o niego pytać?-W głosie Uriela było coś tajemniczego, coś czego Matt nie był pewny czy chce odkrywać. Zawahał się przez to i głęboko namyślił, czy ten temat powinien podlec kontynuacji. Uriel jednak zadecydował za niego.- Chociaż, pracujesz z nim. Jesteś jego podopiecznym, twój opiekun nie powinien być dla ciebie skrytą kartą.-Matt spuścił swój brązowy wzrok.- Swoją drogą zmieniłeś się.-Wcześniej brązowooki by odpyskował, tym razem zabrakło mu odwagi.- Nie pyskujesz, jesteś mniej pewny siebie.-Przyjrzał się dokładnie ludzkiemu chłopakowi.- Nabierasz respektu do tego miejsca, podobnie do twojego brata.
 - Dye.-Szepnął pod nosem.
 - Doszły mnie słuchy, że parę osób poopowiadało ci o tym jaka urokliwa kiedyś była nasza anielska laleczka.-Uśmiechnął się w tak cyniczny sposób, że Matthew nawet nie miał zamiaru na niego spoglądać.- Był kiedyś jak melodia najpiękniejszych chórów, powiew wiatru na polanach pełnych pegazów. Angra był kiedyś poezją. Chociaż.-Nawet z twarzy Uriela, uśmiech teraz zanikł.- Nie jestem pewien, czy dzisiaj o tym nawet pamięta.
 - Dlaczego?
 - Zabito go.-Powiedział bez namysłu, jednak był pewien powagi swoich słów. Młody chłopak zmarszczył brwi, nie zrozumiał z tego ani trochę.- Zabito jego ducha, jego uczucia, odruchy takie jak współczucie, litość czy empatia. Drogi chłopcze, nie ma miejsca na ziemi, które można by określić piekłem.-Wiedział dobrze, co mówi.- Piekło, to coś co można przeżyć, nie uznając tego za przyziemne. Nie wiem, jakim cudem on jeszcze stoi na nogach, ale piekło stało się jego drugim imieniem. Imieniem, które zastąpiło imię jego słabości.-Ubrał na twarzy uśmiech, nie pasujący do tej rozmowy.- Ale czy nie jest to powinnością, kiedy rodzi się potęga?-Zaśmiał się.- On chyba nadal jest poezją.-Spojrzał już w miarę normalny sposób, na Matthew'a.- Powiedz mi, ile masz lat?
 - Dwadzieścia jeden.-Uriel wiedział, że jego opowieść, na pewno nie dojdzie do chłopaka na tyle ile powinna. Dwadzieścia jeden lat, co to było. Jego opiekun miał ponad tysiąc pięćset, a ta historia, którą ma zamiar mu opowiedzieć - jest o jego życiorysie.- O ile mnie pamięć nie zawodzi, na waszym ludzkim świecie dwadzieścia pięć lat to dożywocie. Ludzie są zamykani, izolowani od społeczeństwa, pozbawieni życia w świecie, który za kratkami wydaje im się azylem. Dwadzieścia pięć lat.
 - Do czego zmierzasz.
 - Przez tyle.-Zaciągnął się papierosem.- Angra był zniewolony i katowany, przez podrzędne demony.-Zdziwienie na twarzy Matt'a wymalowało się w ułamku sekundy. Potężny Angra, postać wręcz nietykalna - katowana?
 - Jakim cudem?
 - Myślisz, że wszyscy rodzą się czystą potęgą? Niektórzy walczą o to, topiąc się w prawdziwym gównie.-Powiedział to cichym tonem, tak aby znaczenie tych słów trafiło do Matta.

Paręset lat temu...

Zaciskał zęby, starając się nie jęczeć z bólu. Ucisk na jego włosach był silny i nieczuły. Policzki zalane łzami wyrzeźbiły przejrzyste ścieżki, w brudzie przylepionego do jego twarzy piachu. Tak brudny, zmarniały, pobity - nigdy taki nie był.
Pociągnął nosem, zdawał sobie sprawę, że jego ból fizyczny się rozpuścił. Rozwiał, z całym tym wirem grasujący nad jego obliczem. Jeszcze nigdy nie widział takiego pochmurnego nieba, takiego chłodnego wiatru, takiej nienawiści. Jego ciało, mimika twarzy, odruchy. Ciało grało, udawało, że cierpi. Cierpiała jednak dusza, spoglądając przez dwa złote lustra na postać idealną w jego ideologii. Tak bardzo przez niego kochaną, tak bardzo pożądaną przez pokaleczone serce, nawoływaną przez ból jego duszy. Dlaczego, dlaczego jego ideał patrzył z takim chłodem.
 - Twoja dusza aniele, nie może być już ocalona. Zatracona zaś została, przez ducha z piekieł zrodzona.-Związane ręce się telepały, zalewał go pot, łzy znów napływały do złocistych oczu. Taka piękna istota, tak skrzywdzona, tak znienawidzona, tak znieważona.- Zatrutyś został przez ziarno demonów, przybłędą siejącą chaos w naszych ogrodach. Zniszczyłeś nasz spokój. Nie pasujesz do nas.-Mężczyzna mocno trzymający go za długie słomiane kosmyki, zwrócił się do ideału anioła.- Ty jesteś jego opiekunem, jaka jest twa decyzja?
 - Nathaniel.-Za ulotne słowa, anioł został szarpnięty i przywołany do porządku. Zagryzł znów wargę, z której od dłuższego czasu spływała stróżka krwi. Ignorował to, ponieważ jego serce się waliło i czuł, że już nie było do poskładania.
 - Valeriano Erasus.-Usłyszał swe pełne imię z ust Nathaniela.- Jako twój opiekun.-Nie jako opiekun, powtarzał sobie anioł w głowie.- Swymi słowami.-Nie wierzył, nie chciał wierzyć, nie po tym wszystkim, nie po tym czym żył.- Skazuję cię na wypędzenie.-Wszystko się rozpadło. Jak najpiękniejsze porcelanowe rękodzieło, niczym legiony Beliala, niczym słońce nad ziemią. Wszystko runęło, rozpadło się i nikt tego nie sklei.
 - A więc postanowione.-Jeszcze kiedyś anioł by się wyrywał, ponieważ właśnie szedł na pewną śmierć. Walczyłby o siebie, bo miał dla kogo. Teraz jednak, stracił coś i nie potrafił do końca pojąc czym to jest. Stracił serce? Stracił sens? Gdzie jego cel? Kim jest?
Dusił się porażką swojego życia, a z amoku wyrwany został dopiero kiedy Nathaniel zezwolił go wypchnąć, do przepaści.- Dlaczego?-Zapytał jeszcze zanim grunt się zawalił i wysokość porwała go w dół. Wszystko w co wierzył, okazało się wszystkim co nie istnieje.
Zamknął oczy, liczył, że nie przeżyje. Liczył, że jego śmierć, zmyje jego przeklęte naznaczenie. Nawet nie starał się rozłożyć skrzydeł i opaść bez kontuzji, po prostu dobił. Sam myślał, że jest martwy, wyglądał na martwego. Zdziwił się jednak, kiedy jego powieki się uniosły, do jego uszu doszły szepty a wzrok wychwycił poruszające się po ścianach postacie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz